Dawny Gdańsk Strona Główna Dawny Gdańsk


FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  DownloadDownload

Poprzedni temat :: Następny temat
Centrum Szlachty Polskiej
Autor Wiadomość
parker 


Dołączyła: 08 Wrz 2004
Posty: 4927
Wysłany: Pią Mar 11, 2005 2:51 pm   Centrum Szlachty Polskiej

Szlachta w Waplewie
 
Kasia_57 
Nadprzewodnik


Dołączyła: 26 Mar 2004
Posty: 911
Wysłany: Pią Mar 11, 2005 4:59 pm   

wreszcie !
ciekawe tylko CO z tego wyjdzie. :%
_________________
Gdańszczanka

* * *
...ze słońcem w kieszeni i chmurą gradową...
...i mściwym toporem krzyżackim....
 
 
Gdynka 

Dołączyła: 03 Lut 2006
Posty: 760
Wysłany: Nie Lis 25, 2007 2:21 pm   Waplewo 2007

Waplewo - sprawa dla Indiany Jonesa
Cytat:
Dwór w Waplewie Wielkim - przed wojną majątek Sierakowskich, rozparcelowany przez nazistów. W PRL-u oddział Państwowego Ośrodka Hodowli Zarodowej. Dziś - Muzeum Tradycji Szlacheckiej. Najważniejsze zadanie jakie czeka pracowników placówki to odtworzenie kolekcji malarstwa należącej niegdyś do Sierakowskich
- W 1941 r. Niemcy przewieźli kolekcję Sierakowskich z Waplewa do Gdańska - mówi Andrzej Trzeciak, szef waplewskiego muzeum. - W 1943 r. postanowili wywieźć zbiór do Nowej Wioski pod Kwidzynem, żeby zabezpieczyć go przed alianckimi nalotami. I tu ślad się niestety urywa. W tym momencie powinien więc wkroczyć Indiana Jones... Ale poszukiwanie kolekcji to mozolna praca w bibliotekach, archiwach i muzeach wśród zakurzonych woluminów. Istnieje katalog malarstwa kolekcji Sierakowskich z 1878 r. oraz inwentarz niemiecki z 1942 r. Są w nim obrazy malarzy europejskich oraz płótna familijne, głównie portrety przodków. Skatalogowanych obrazów było 440. Jednym z najcenniejszych był "Św. Sebastian" Tintoretta - Sierakowscy odziedziczyli go razem z dworem.

Majątkiem Waplewo stanowiącym pierwotnie dobra rycerskie od początku XVII w. władały polskie rody szlacheckie: Niemojewscy, Zawadzcy, Chełstowscy i Bagniewscy. Później, przez 200 lat - do 1939 r. - Waplewo należało do rodziny Ogończyk-Sierakowskich. W latach 30. ubiegłego wieku majątek rozparcelowali naziści, po wojnie dwór stał się własnością Państwowego Ośrodka Hodowli Zarodowej. W latach 70. i 80. istniał tu pensjonat. W grudniu 2006 r. samorząd województwa pomorskiego przekazał Muzeum Narodowemu w Gdańsku pałac w Waplewie Wielkim i otaczający go park. Powstało tam Muzeum Tradycji Szlacheckiej - Pomorski Ośrodek Kontaktów z Polonią. - Na początek, za jakieś 2-3 lata, w zależności od funduszy unijnych, chcemy odtworzyć Salę Gdańską i Białą, gdzie mieściła się kolekcja obrazów - mówi Trzeciak. - Po wojnie, gdy posiadłość stała się PGR-em, w Sali Gdańskiej było kino. Zachował się w niej jednak XVI-wieczny kominek i XIX-wieczny strop drewniany. W latach 70. i 80. działał tu pensjonat, dziś większość pomieszczeń w pałacu utrzymana jest w dość "przaśnym" klimacie tamtych lat. Np. Sala Biała wygląda jak gierkowska restauracja.

Sierakowscy zaczęli kolekcjonować malarstwo od końca XVIII w., zbiory zapoczątkował Kajetan Sierakowski. - W pierwszej połowie XIX w. Antoni Sierakowski, syn Kajetana przywiózł kilkadziesiąt obrazów z Włoch - opowiada Trzeciak. - Następnie przybyło malarstwo staroniemieckie, niderlandzkie, gdańskie, do czego szczególnie przyczynili się Maria z Sołtanów i Alfons, którzy kupowali obrazy na aukcjach w Berlinie, Gdańsku, Dreźnie. Dla ogółu szlachty malarstwo miało jedynie walor użytkowy. Obrazy nie stanowiły, jak dla nas, przedmiotu estetycznej refleksji. Do dworów zamawiano głównie portrety, ale i te traktowano również w sposób dość swobodny. Na przykład hetman Michał Radziwiłł "Rybeńko" kazał obcinać ramiona sportretowanym monarchom, by tym łatwiej pomieścić w jednej sali całą galerię królewskich konterfektów, którą pragnął się pochwalić - mówi szef Waplewa.

Pierwszym obrazem, jaki Andrzej Trzeciak odzyskał z kolekcji Sierakowskich, jest portret Leonarda Pocieja, wojewody witebskiego, dzieło nieznanego autora. - To typowy portret staropolski malowany przez jakiegoś średnio zdolnego malarza cechowego - wyjaśnia Trzeciak. - Wydobyłem go z magazynu Muzeum Narodowego. Dziś z kolekcji pozostało około 40 dzieł sztuki, udało się do nich dotrzeć Dobromile Rzyskiej-Laube, historykowi sztuki, zajmującej się kolekcją Sierakowskich. Spora część z nich jest w rękach prywatnych, część u Izabelli Sierakowskiej-Tomaszewskiej, kolejna część w polskich muzeach. - "Chrzest Chrystusa" Maertena van Heemskercka, malarza niderlandzkiego z przełomu XV i XVI w., który tworzył we Włoszech. Obraz ten jest w Muzeum Narodowym w Warszawie, dokąd został zakupiony w Desie w 1969 r. - mówi Dobromiła Rzyska-Laube.

- Ale szanse, aby go stamtąd wyciągnąć, są właściwie żadne - dodaje Andrzej Trzeciak. Na kolekcję Sierakowskich składała się także biblioteka - 11 tys. tomów, którą Niemcy również wywieźli. - Był także potężny zbiór mebli, w tym wschodnich. Szczególny zaś nacisk Sierakowscy kładli na meble gdańskie, zbierali je, kierując się sarmacką nostalgią za Gdańskiem. Stąd też obecność sali gdańskiej w waplewskim dworze - tłumaczy Trzeciak - Niestety, meble nie były nigdzie opisane, nie da się więc ich odtworzyć, podobnie jak ceramiki czy kolekcji starożytności. Obecnie, wsparci finansowo przez Narodowe Centrum Kultury, pracujemy nad stworzeniem w oparciu o zachowane źródła, cyfrowego katalogu waplewskiej kolekcji sztuki, odzyskaniem choćby w formie cyfrowej archiwum dworskiego Sierakowskich oraz zewidencjonowaniem książek i publikacji pochodzących z waplewskiej biblioteki, a znajdujących się obecnie w Bibliotece Gdańskiej PAN. Ale dwór szlachecki oznaczał przede wszystkim gościnność, chcemy więc organizować tu wiele spotkań, imprez nawiązujących do tradycji szlacheckiej, chcemy, żeby to miejsce żyło. Z pewnością nie będzie tu nudy - zapewnia dyrektor.

Dzieje kolekcji Sierakowskich będą tematem sesji "Waplewo. Dziedzictwo odzyskane" 30 listopada w Muzeum Tradycji Szlacheckiej

Izabella Sierakowska-Tomaszewska :O to, by w Waplewie powstało muzeum, walczyłam prawie dziesięć lat. Kamień spadł mi więc z serca, gdy wreszcie to się udało. Bałam się, że w przeciwnym razie dwór się zmarnuje albo przejmie go ktoś prywatny. A muzeum jako instytucja poważna i państwowa to najlepsze wyjście - kiedy tylko w Waplewie znajdą się systemy zabezpieczające, przekażę tam wszystkie obrazy, pamiątki rodzinne, fotografie, dokumenty. Jestem ostatnia z rodu, nie chciałabym, żeby to dziedzictwo się rozproszyło. Który z obrazów cenię sobie szczególnie? Jest takie płótno związane z moim ojcem, Andrzejem Sierakowskim. To "Bitwa pod Parkanami", obraz, który wisiał w tzw. "pokoju chłopców", czyli taty i stryja Adama. Nie wiem, kto jest jego autorem, ale mam do niego wielki sentyment - w czasie wojny, dzień przed wyjazdem rodziny z Waplewa, obraz ten niespodziewanie spadł ze ściany. Tak jakby miałby to być jakiś znak.

Aleksandra Kozłowska
Źródło: Gazeta Wyborcza Trójmiasto


A oto program wspomnianej konferencji

Wojciech Bonisławski Dyrektor Muzeum Narodowego w Gdańsku
Muzeum tradycji Szlacheckiej.
Pomorski Ośrodek Kontaktów z Polonia w Waplewie,
Oddział muzeum Narodowego w Gdańsku.

Zapraszają na konferencję naukową
Waplewo. Dziedzictwo Odzyskane
oraz poplenerową wystawę fotograficzną.


W piątek, 30 listopada 2007 o godz. 10:00.
Muzeum Tradycji Szlacheckiej
Waplewo Wielkie, 82-410 Stary Targ
Telefon kontaktowy: 501495001, mail: waplewo@muzeum.narodowe.gda.pl

Celem sesji naukowej jest zainicjowanie działalności badawczej tej placówki poprzez poszerzenie wiedzy na temat miejsca i jego zabytków oraz próba spojrzenia na dzieje polskich i pomorskich rodów szlacheckich, do których majątek ten należał na przestrzeni stuleci, na rolę i dokonania osób związanych z Waplewem, zarówno na polu polityki i gospodarki, pracy społecznej oraz kultury i sztuki.

PROGRAM SESJI
10.00 - Powitanie gości.

10.20 - Podpisanie listu intencyjnego o współpracy pomiędzy Muzeum Tradycji Szlacheckiej. Pomorskim Ośrodkiem Kontaktów z Polonią w Waplewie Wlk. a Związkiem Szlachty Polskiej.

10.40 - OBRADY, CZĘŚĆ I

Dr Maciej Rydel (Stowarzyszenie Historyków Sztuki, Oddział Gdański) – Sytuacja dworów w Polsce.

I. Historia – miejsce, rody, ludzie
Prof. dr hab. Grzegorz Białuński, (Uniwersytet Warmińsko-Mazurski, Olsztyn) – Prus Wapel – założyciel dóbr w Waplewie Wielkim.
Paweł Kawiński (Uniwersytet Gdański) – Waplewo Wielkie i jego zaplecze osadniczo-własnościowe w średniowieczu.
Magdalena Kosińska (Uniwersytet Gdański) – Między Związkiem Pruskim a Zakonem – działalność polityczna Segenanda z Waplewa.
Marzena Zawisza - Stanisław Sierakowski z Waplewa na Powiślu. Tradycje narodowe i społeczne.

II. Pałac i park w Waplewie
Andrzej Kikut – Pałac w Waplewie Wielkim na tle architektury eklektycznej w Polsce.
Magdalena Olszewska (Muzeum Narodowe w Gdańsku) – Park waplewski w kontekście polskiej myśli ogrodowej oraz jej realizacji w XVIII i XIX w.
Barbara Furmanik (Krajowy Ośrodek Badań i Dokumentacji Zabytków, Warszawa) – Park w Waplewie Wielkim – wyniki badań terenowych oraz wstępne wnioski konserwatorskie do projektu rewaloryzacji parku.

13.00 - Dyskusja
13.30 - Otwarcie poplenerowej wystawy fotograficznej o Waplewie Wielkim
Przerwa i poczęstunek

14.30 – OBRADY, CZĘŚĆ II

III. Waplewska kolekcja sztuki.
Dobromiła Rzyska-Laube (Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu) – Zaginiona kolekcja - nowe ustalenia na temat zawartości zbiorów Sierakowskich z Waplewa oraz ich wojennych i powojennych losów.
Małgorzata Paszylka-Glaza (Muzeum Narodowe w Gdańsku) – Czy w kolekcji waplewskiej były obrazy artystów gdańskich XIX wieku? – Komunikat
Antoni Romuald Chodyński (Muzeum Zamkowe w Malborku) – Źródła archiwalne o zbiorach militariów w dworach ziemi sztumskiej i chełmińskiej na przełomie XIX i XX w.
Krystyna Świerkosz (Biblioteka Gdańska Polskiej Akademii Nauk) – Księgozbiór waplewski w zbiorach Biblioteki Gdańskiej PAN jako obiekt poszukiwań. Fakty, przypuszczenia i księgoznawcze odkrycia.
Helena Kowalska (Muzeum Narodowe w Gdańsku) – Zbiory waplewskie w świetle korespondencji niemieckiej lat 30-tych XX w. – Komunikat.
Dr Beata Purc-Stepniak (Muzeum Narodowe w Gdańsku) - W poszukiwaniu preferencji kolekcjonerskich hrabiów Sierakowskich z Waplewa. Dwa obrazy z kolekcji? – Komunikat.
Alicja Andrzejewska (Muzeum Narodowe w Gdańsku) – Inne obrazy szkół europejskich z kolekcji waplewskiej w zbiorach Muzeum Narodowego w Gdańsku. – Komunikat.

I kilka zdjęć z tego pięknego miejsca.

waplewo8.jpg
Plik ściągnięto 14197 raz(y) 68,86 KB

waplewo7.jpg
Plik ściągnięto 14202 raz(y) 72,04 KB

waplewo5.jpg
Plik ściągnięto 14202 raz(y) 77,4 KB

waplewo6.jpg
Plik ściągnięto 14202 raz(y) 45,73 KB

waplewo4.jpg
Plik ściągnięto 14202 raz(y) 56,59 KB

waplewo3.jpg
Plik ściągnięto 14202 raz(y) 67,82 KB

waplewo2.jpg
Plik ściągnięto 14202 raz(y) 50,43 KB

waplewo1.jpg
Plik ściągnięto 14202 raz(y) 67,31 KB

_________________
Linkologia - 230 stron o Gdańsku. Dodaj do ulubionych!
 
villaoliva 
Olivaer


Dołączył: 23 Wrz 2004
Posty: 3300
Wysłany: Nie Lis 25, 2007 2:28 pm   

O! Jaki odkurzony temat :)

Dzięki za zdjęcia tego miejsca :==
_________________
Ponury Zwracacz Uwagi na Wykraczających Poza Ramy


www.staraoliwa.pl
 
Gdynka 

Dołączyła: 03 Lut 2006
Posty: 760
Wysłany: Nie Lis 25, 2007 2:47 pm   

Więcej na wystawie :D
Poza dworem, na uwagę zasługuje też nieczynny dworzec kolejowy.

dworzec4.JPG
Plik ściągnięto 14189 raz(y) 51,13 KB

dworzec3.jpg
Plik ściągnięto 14189 raz(y) 70,6 KB

dworzec2.jpg
Plik ściągnięto 14189 raz(y) 63,62 KB

dworzec1.jpg
Plik ściągnięto 14189 raz(y) 66,06 KB

_________________
Linkologia - 230 stron o Gdańsku. Dodaj do ulubionych!
 
Gdynka 

Dołączyła: 03 Lut 2006
Posty: 760
Wysłany: Pon Mar 03, 2008 3:26 pm   wywiad z Izabellą Sierakowską-Tomaszewską

Polecam ciekawy wywiad z Izabellą Sierakowską-Tomaszewską, który w lutym ukazał się w Wysokich Obcasach: Należy postępować, jak należy
Cytat:
Był we mnie lęk, że przyjedzie do Waplewa bogaty Niemiec i kupi pałac. To byłby okrutny chichot historii

Kiedy się pani dowiedziała, że jest hrabianką?

Izabella Sierakowska-Tomaszewska: Rodzice nigdy o tym nie mówili. Sama się zorientowałam z opowieści taty o naszym majątku w Waplewie. W pierwszej klasie gimnazjum trzeba było przygotować na lekcję geografii opis jakiegoś miejsca w Polsce. Ja opisałam Waplewo. Zamieściłam nawet zdjęcia. Ale nie napisałam, że miejscowość należała do mojej rodziny.

Powiedziała pani o swoim pochodzeniu jakiejś koleżance?

Nie. Na ten temat lepiej było wówczas milczeć.

Czy rodzice myśleli po wojnie o odzyskaniu Waplewa?

Skądże! Ojcu nie wolno było zbliżać się do Waplewa w promieniu 50 kilometrów. Groziło za to więzienie. Było specjalne zarządzenie. Kilka razy pojechała tam mama. Udało jej się przywieźć ten duży obraz, który wisi w sypialni.

Zabrała go z pałacu?

Nie, tam nie wchodziła. On chyba wisiał u kogoś z mieszkańców wsi. Mama zabrała mnie kiedyś z sobą. Miałam może sześć lat. Pamiętam, że było ciemno, dwór widziałam z daleka i niewiele mnie to wszystko zajmowało. Bardziej podobały mi się dzicze warchlaczki, które były w zagrodzie u pana Chwaliboga, ówczesnego zarządcy pałacu.

Kiedy weszła pani tam sama po raz pierwszy?

Na początku lat 60. Spędzałam wakacje w Kwidzynie, jeździłam konno. Namówiłam kolegę na szaloną jazdę jego skuterem do Waplewa. Byłam tam też wcześniej kilka razy, ale wtedy się podkradałam tylko. Włóczyłam się po parku, zaglądałam do kościoła.

Co pani poczuła?

Smutek, że wszystko stracone, że mogę sobie jedynie popatrzeć.

Dziś, gdy ma pani do niego prawa, oddała go pani państwu. Nie usłyszała pani od nikogo: frajerka?

Nieraz, od znajomych. Mówili: 'Odzyskaj go i sprzedaj, będziesz miała dużo pieniędzy'. A ja, że nie.

To może powinna go była pani chociaż zatrzymać dla siebie?

Pomysł nierealny. Musiałabym taki ogromny dom prowadzić. Coś w nim zorganizować. Nie mam ku temu talentów i pieniędzy. I na jak długo byłby znów nasz? Do końca mojego życia? Jestem ostatnia z rodziny. Mam wprawdzie dużo ciotecznych kuzynów, ale oni żyją za granicą, w innym świecie. Darzą Waplewo sentymentem, nic ponadto. Musiałam więc coś zrobić, żeby pałac nie wpadł w niepowołane ręce. Był we mnie lęk, że przyjedzie do Waplewa bogaty Niemiec i go kupi. To byłby okrutny chichot historii. Tak więc w grę wchodziło tylko ofiarowanie pałacu krajowi. Żeby pełnił funkcję służebną. Wiem, brzmi to patetycznie, ale znając losy moich dziadków, zdanie ojca, który zmarł 12 lat temu, i historię Waplewa, tej "wyspy polskości w morzu junkierstwa" przez ponad 200 lat, inna decyzja byłaby... Nie wiem, jak to nazwać.

Niehonorowa?

Nieprzyzwoita. Oboje z mężem wyznajemy zasadę, że pieniądze nie są rzeczą najważniejszą. Skoro mamy z czego żyć, nie głodujemy i zachowujemy pewien poziom życia, to nam wystarczy. Po wprowadzeniu stanu wojennego, kiedy mąż, znany komentator sportowy Bohdan Tomaszewski, odmówił współpracy z Polskim Radiem, nie było łatwo i podejmowałam różne prace zarobkowe, między innymi byłam ekspedientką w sklepie z konfekcją na Pradze, i dopiero po dłuższym czasie Bohdan wrócił do swojego zawodu.

A co jest w życiu najważniejsze?

Powiem staroświecko: dobre imię. Tylko to po nas zostaje. Ale na nie trzeba zapracować.

Pani łatwiej, Izabello hrabino Sierakowska herbu Ogończyk.

Proszę mnie tak nie nazywać! (śmiech) Mój ojciec zawsze mawiał tym, co się snobowali na tytuły, że zniesiono je ostatecznie w niepodległej Polsce, w 1921 r.

Groźna babcia stoi na stołeczku

'Nie Soplicowo, nie mały domek z drewnianym gankiem; nie dom Pana Podstolego przebudowywany i powiększony, w miarę jak mnożyła się substancja i konsolacja; nie królewski Wilanów także ani hetmańskie Podhorce, ale środek między jednym a drugim' - tak Stanisław Tarnowski, historyk literatury, opisywał waplewski dwór w 1881 r. Podkreślał oryginalną architekturę pałacu, który od frontu wygląda jak typowy dwór polski z niskim dachem i gankiem, a od tyłu jak lekki klasycystyczny pałac z piętrem, balkonem i oranżerią u boku.

Tak wygląda do dziś. Jedna cegła nie zginęła.

Wie pani, jak tam było w środku?

Oczywiście. Znałam wnętrza dworu na pamięć, jeszcze zanim tam pierwszy raz w życiu weszłam w latach 60. Mój tata często wspominał swoje dzieciństwo i opowiadał, że w pokoju z balkonem spali chłopcy, czyli on, Andrzej Sierakowski, i jego brat Adam. Wiem, gdzie mieszkało pięć sióstr taty, że w hallu przy schodach stał wypchany niedźwiedź, który służył za stojak na parasolki i laski, a na werandzie był wypchany krokodyl, którego upolował dziadek Stanisław.

Dziś nic z dawnych wnętrz nie pozostało?

Niemal całe wyposażenie zrabowali Niemcy. W pałacu po wojnie był PGR. Potem Państwowy Ośrodek Hodowli Zarodowej. W tamtym czasie w reprezentacyjnej Sali Gdańskiej wprost na parkietach poustawiano ścianki działowe. W kliteczkach całe dnie siedzieli urzędnicy, przerzucali papiery i jedli kanapki. W latach 70. pałac wyremontowano i POHZ urządził w nim pensjonat. Sale Gdańska i Biała zostały odrestaurowane, podobnie zabytkowe schody wiodące na piętro. Ale reszta jest nie do poznania. Wszystko w stylu gierkowskim. Z trudem odnajduję na przykład miejsce, gdzie były sypialnie dziadków.

Pani ojciec urodził się w 1914 r. Jakie było życie w Waplewie, gdy był dzieckiem i potem dorastał?

Pewnie wspaniałe, choć surowe. Moja babka Helena księżna z Lubomirskich Sierakowska była tak drobną kobietą, że do zdjęcia ślubnego z dziadkiem Stanisławem w 1910 r. stanęła na małym stołeczku ukrytym pod trenem sukni. :D Ale wzbudzała w ludziach respekt. Miała zasady, od których nigdy nie odstępowała. Zwykła mówić: "Należy postępować tak, jak należy", co przejął potem od niej mój ojciec. Niemców przyjmowało się w jej domu tylko w kancelarii, nigdy na salonach, poza zaprzyjaźnionym lekarzem. Do domu nie zapraszało się ludzi, "którzy nie mieli papierów w porządku", czyli żyli bez ślubu kościelnego. Pewnie nas z Bohdanem też by nie zaprosiła na herbatkę, bo mamy tylko ślub cywilny. (śmiech)

Jaki to był rodzaj kobiety? Księżnej z wiecznym globus histericus czy pracowitej pani domu?

Była niezwykle zajęta. Urodziła siedmioro dzieci, prowadziła dom, w którym było 35 osób stałej służby, w którym co rano trzeba było napalić w 50 piecach, zarządzać majątkiem, przyjąć tłumnie zjeżdżających do Waplewa gości. Babcia poza tym opiekowała się ludźmi we wsi. Biegła nawet w nocy, gdy ktoś zachorował albo był poród. Zajmowała się homeopatią. Potem już był telefon we dworze w razie nagłych wypadków, a samochód dziadków też służył w potrzebie.

Kto się zajmował dziećmi?

Były pod opieką nianiek i guwernantek. Chowane surowo, w dyscyplinie i w poczuciu, że liczy się tylko to, kim się jest, a nie z jakiej pochodzi się rodziny. Na stałe w pałacu mieszkali też mali Wańkowiczowie, krewni Melchiora, którzy po pierwszej wojnie musieli uciekać z rodzicami z Litwy. Dla dzieci zbudowano przy pałacu pawilon do nauki z klasami, jadały przy osobnym stole w jadalni, na wakacje wyjeżdżały do dziadków Lubomirskich do Przeworska.

A dziadek?

Zapracowany, stale poza domem. Kiedy jednak miał czas, spotykał się z dziećmi w Sali Gdańskiej. One kładły się na skórze białego niedźwiedzia, a on czytał im poezje albo coś z klasyki. A gdy całowały go na dobranoc, miał zwyczaj dawać im serdecznego klapsa. Problem w tym, że dziadek mierzył niemal dwa metry, miał ręce jak bochny i jego klaps piekł w pośladki jeszcze długo potem. Sztuką było ucałować tatę i wywinąć się od klapsa. Dziadek Stanisław miał poczucie humoru, był dość nieśmiały, ale wielkiego serca. W dzieciństwie stracił prawe oko. Niania bardzo pilnowała, żeby w ręce dzieci nie dostały się ostre przedmioty. Wszystkie nosiła ze sobą przy pasku. Pięcioletni Stasio chciał kiedyś przeciąć sznurek. Dostał od niani nożyk i przypadkiem wbił sobie nóż w oko. Nie udało się go uratować. Miał wspaniałe, szklane oko, które, gdy był już dorosły, wyjmował na prośbę dzieci. Rodzina opowiadała, że podczas polowań w Afryce tubylcy plądrowali wciąż jego namiot. Za którymś razem zostawił oko na stoliku, ostrzegając, że chociaż go nie będzie, to wszystko zobaczy. Kradzieże skończyły się, ale na krótko. Pewnego razu dziadek wrócił z polowania, namiot był splądrowany, a oko zasłonięte kapeluszem. :hihi: Miał też tatuaż.

Gdzie?

Na piersiach. Wielkiego tygrysa buszującego w trawie. Wytatuowali mu wdzięczni Hindusi, gdy dziadek podróżował za młodu po Indiach. Kiedyś, podczas monsunu, morze porwało tubylcom łódki. Byli niewysocy, drobni, nie potrafili ich ściągnąć na brzeg. A mój olbrzymi dziadek wszedł do wody i wyratował łodzie. Biedni ludzie nie mogli dać mu żadnego prezentu, więc w podzięce ozdobili go tygrysem, symbolem zwierzęcia panującego nad światem.

Der Turm ist gefallen!

Sierakowscy wiedli życie jak z Mniszkówny. Tak po prostu żyło zamożne ziemiaństwo. Ale dla moich dziadków najważniejsza była Polska. Tradycją tego domu od pokoleń były "służba i obowiązek", życie prywatne było na dalszym planie. Po pierwszej wojnie światowej Waplewo pozostało w granicach Niemiec, w Prusach Wschodnich. 20 kilometrów na południe od Malborka, w powiecie sztumskim. Ich drugi majątek Osiek był już po polskiej stronie, między Brodnicą a Rypinem.

Jak to przeżył Stanisław Sierakowski?

Wziął się do roboty patriotycznej. On jeszcze w czasach gimnazjum w Chełmnie spędził tydzień w toruńskim więzieniu za działalność w kole Filomatów Pomorskich. Po 1918 r. zaangażował się bardzo w sprawę plebiscytu. Pokonani w wojnie Niemcy zabiegali, żeby Powiśle, gdzie leży Waplewo, pozostało w prowincji wschodniopruskiej. Polska domagała się powrotu Powiśla w granice odrodzonej Polski. Sprawę miał rozstrzygnąć plebiscyt obejmujący także Warmię i Mazury. Dziadek został mianowany przez rząd polski konsulem generalnym Komisji Międzysojuszniczej, kierował przygotowaniami do plebiscytu. Gościł wówczas w domu Stefana Żeromskiego, Jana Kasprowicza i Władysława Kozickiego, którzy mieli swoją obecnością wspierać ludność polską. Po przegranym w 1920 r. plebiscycie Waplewo zostało po niemieckiej stronie.

Dziadek się poddał?

Skądże. W 1922 r. został wybrany na prezesa Związku Polaków w Niemczech. Kupił też i został wydawcą miesięcznika "Kulturwehr", w którym miano opisywać sytuację mniejszości narodowych.

A babcia zajmowała się tylko domem?

Oczywiście, że nie. Już w 1917 r. stanęła na czele komitetu, który zbierał dary dla poszkodowanych przez wojnę Polaków z Kongresówki. W czasie plebiscytu jeździła do Warszawy z prośbą o pomoc. Nieszczęśliwie toczyła się wówczas wojna polsko-bolszewicka i nikt nie miał głowy do plebiscytu. Ale udało jej się spowodować, że w 40 niemieckich szkołach na Powiślu wprowadzono lekcje polskiego. Zorganizowała z pomocą innych pań 15 polskich przedszkoli, do których chodziło 650 dzieci. Rząd polski przekazał jej jako prezesce Polsko-Katolickiego Towarzystwa Szkolnego 200 tys. marek na działalność ochronek. Załatwiała stypendia dla uzdolnionych dzieci, szerzyła czytelnictwo polskich książek w pięciu wędrownych biblioteczkach, była zaangażowana w życie Towarzystwa Ziemianek i Towarzystwo Kobiet św. Kingi.

Pewnie nie byli ulubieńcami Niemców.

Władze niemieckie w Kwidzynie już w 1926 r. nakazały dziadkowi opuścić granice Rzeszy. Ale zlekceważył to. Niemcy postanowili zniszczyć dziadka ekonomicznie. Dziadek udawał się w kosztowne podróże w interesach politycznych, miesięcznik był deficytowy, babcia też musiała dokładać do swojej działalności. Stanisław Sierakowski musiał zaciągać kredyty w banku. W 1932 r., w czasach kryzysu gospodarczego i klęski nieurodzaju, berliński Zentral-Boden Kreditbank wymówił mu pożyczkę w wysokości 900 tys. marek. Kredyt był udzielony pod zastaw majątku waplewskiego, około 700 hektarów. Dziadek nie był w stanie go spłacić. Około połowy dóbr przeszło w ręce niemieckie, drugą część wykupił sąsiad Kazimierz Donimirski. Zrobił to w porozumieniu z dziadkiem, żeby cała ziemia nie trafiła do Niemca.

Jak od tej pory żyli Sierakowscy?

Został przy nich dwór z parkiem i kilkanaście hektarów ziemi. Ale nie na długo. Po dojściu Hitlera do władzy zdecydowali się przenieść do majątku w Osieku, po polskiej stronie. Niemcy tak triumfowali, że w gazecie ukazał się artykuł o Waplewie pod tytułem 'Der Turm ist gefallen!', czyli 'Twierdza padła!'.

A co z pałacem w Waplewie?

Stał.

Pusty?

Nie. Pełny. Dziadkom nie wolno było prawie nic zabrać. Najwyżej osobiste rzeczy. Zostawili ogromne zbiory obrazów, bibliotekę liczącą 11 tys. tomów, kolekcję broni z całego świata. Dworem zaopiekowali się sąsiedzi Donimirscy. Postawili w pobliżu domek dla zarządcy, który go pilnował.Ale dziadkowie nie lamentowali. Wzięli się do urządzania nowego życia. To chyba jest cecha ziemiaństwa w ogóle. Nie żalić się na swój los, nie uzewnętrzniać cierpienia. W Osieku w 1936 r. wydali za mąż najstarszą córkę Teresę. Wyszła za Tadeusza Gniazdowskiego, ziemianina z pobliskiego Łapinóżka.

I nikt już nie jeździł do Waplewa?

Babcia jeździła, ale dziadek nie, bo Niemcy wydali na niego wyrok śmierci za działalność antyniemiecką.

Wywoziła coś cichcem?

Prawdopodobnie tak. Nie znam szczegółów. Dziadków nie poznałam, a mój ojciec był już wtedy na studiach we Lwowie, więc nie było go przy tym. Wiem, że babcia czuła nadchodzącą wojnę. Krótko przed jej wybuchem byli z dziadkiem na Litwie w Spuszy na ślubie któregoś z dzieci jej siostry Sapieżyny. Babcia wywiozła tam serwis po swojej praprababce Aleksandrze von Engelhardt, która była nieślubną córką carycy Katarzyny. Serwis, rzecz jasna, nie przetrwał. Bo wojny z Rosjanami moja babcia nie przewidziała.

Poradzimy, Halko

Kim są te postaci z obrazów na ścianie za panią?

Ten mężczyzna w środku na owalnym portrecie to mój prapradziadek Alfons Sierakowski. Działacz społeczny, znawca sztuki. Ale nie wiemy, kim są te panie na portretach po bokach.

A to nie są Sierakowskie?

Nie. Bo brzydkie są.Ta z lewej, w sukni empirowej i lokach, została prawdopodobnie namalowana przez pannę Bourguignon, która w czasach napoleońskich trafiła jakoś do Waplewa i utknęła tu już do śmierci. Leży pochowana na tyłach kościoła. O tej z prawej nic nie wiem. Prawdy próbuje dociec historyk sztuki pani Dobromiła Rzyska-Laube. O, a tam, w sypialni, ten olbrzymi obraz to "Bitwa pod Parkanami", wisiał w pokoju chłopców. Jest jeszcze parę obrazów u mojej mamy. Z cennych rodzinnych pamiątek Sierakowskich uratowały się jedynie listy Zygmunta Krasińskiego do pułkownika Adama Sołtana, ojca Marii Alfonsowej Sierakowskiej. Wywiózł je za granicę podczas okupacji brat ojca.

Co pani wie o ostatnich miesiącach życia babci Heleny i dziadka Stanisława Sierakowskich?

Przez wiele lat nie wiedzieliśmy nawet, że zostali zamordowani. Żyliśmy nadzieją, że jakoś przeżyli, że może Niemcy wywieźli ich albo uciekli i się ukrywają. Potem już domyślaliśmy się, że nie mogą żyć. Wiem tylko, że kiedy wybuchła wojna, mój dziadek wszystkie oszczędności wpłacił na Fundusz Obrony Narodowej, resztę przeznaczył na wypłaty dla ludzi z Osieka na kilka miesięcy naprzód.

Dziadkom zostało 800 zł. Babcia narzekała, ale powiedział jej: 'Poradzimy sobie, Halko'. Najpierw aresztowano dziadka. W połowie października 1939 r. babcia Helena niosła do więzienia gestapo w Rypinie koc i jedzenie dla męża. Ale weszła wcześniej do znajomego zakładu fryzjerskiego. Tam zdjęła z siebie biżuterię, zostawiła wszystkie osobiste przedmioty. I poszła do więzienia. Słynęła z ogromnej intuicji. Wiedziała, że nigdy stamtąd już nie wyjdzie. Dziadkowie zostali wkrótce zamordowani przez Niemców.

Nie mogli wyjechać wcześniej, uciec gdzieś?

Babcia namawiała dziadka na ucieczkę. Odmówił. Tłumaczył, że nie mógłby potem spojrzeć w oczy swoim ludziom, gdyby ich zostawił. Helena czuła, co ich czeka, ale została z mężem. Szczegóły ich śmierci poznałam dopiero w latach 70., gdy wyszła książka "Mordercy z Selbstschutzu" Antoniego Witkowskiego. Zebrał relacje świadków na temat zbrodni dokonanych w katowni gestapo w Rypinie. Dziadek Stanisław został straszliwie pobity, wylewano na niego wiadra z odchodami. Zamordował go jeden z Niemców, wbijając mu nóż w oko. Razem z dziadkami aresztowano ich córkę Teresę Gniazdowską z mężem. Wiem, że Reni siedzącej na krześle Niemiec strzelił w tył głowy. Była w zaawansowanej ciąży.

Jak pani ojciec zareagował na książkę?

Wahałam się, czy mu ją pokazać. Ale w końcu i tak by do niego trafiła. Był wstrząśnięty. Długo chodził po lesie w Skrwilnie, gdzie jest symboliczny grób dziadków. Tam odnaleziono mogiły 2 tys. Polaków zamordowanych przez Niemców. I tam prawdopodobnie zakopano także ciała naszych bliskich.

A co działo się z pałacem w czasie wojny?

Urzędowali w nim Niemcy. I oni spakowali w skrzynie wszystko, co pozostało. W spisie rzeczy zrabowanych umieścili między innymi 205 obrazów, barokowy wystrój schodów, dziesięć skrzyń z fajansem i porcelaną. Wywieźli też bibliotekę. Niewielka część z tych rzeczy trafiła do gdańskiej biblioteki (obecnie PAN) i do muzeum (obecnie Narodowego), trochę jest rozproszonych. W sumie ocalało 10 proc. eksponatów. A co się stało z resztą? Mogła trafić do Niemiec albo do Rosji. Może bomba uderzyła w transport z dobrami waplewskimi i na zawsze zostały stracone?

Nie pojawiają się czasem na aukcjach na świecie?

Nic mi o tym nie wiadomo. Parę razy tylko jakiś obraz był w Desie, Muzeum Narodowe go wykupiło. Trudno określić, co dokładnie było w pałacu przed wojną, bo ostatnie katalogi pochodzą z końca XIX w., a przecież potem też przybywały nowe przedmioty.

Wnuczka bohaterskiego rzeźnika

Wychowywano panią na arystokratkę?

Boże broń! Ojciec tępił wszelkie snobizmy, uważał, że to w złym guście. Studiował architekturę we Lwowie. Wówczas ziemianie nie wybierali takich kierunków, więc w rodzinie uważano to za małe dziwactwo. Podczas studiów tata przyjaźnił się raczej z artystami niż z arystokratami. Pamiętam, że mówił o sobie "hrabia" tylko wtedy, gdy musiał podgonić jakąś terminową robotę. Goląc się, podśpiewywał: 'Trzeba wziąć się do roboty, panie hrabio'.

Ożenił się z panną z ludu czy ze szlachcianką?

Moja mama Zofia jest z domu Herburt herbu Pawęza. To była stara szlachta osiadła już we Lwowie. Ojciec studiował z bratem mamy. Poznali się jeszcze przed wojną. Jeździli na wycieczki do Zakopanego, przeżyli wypadek na harleyu 500, którego prowadził mój tata. Mama była wysportowana, przed wojną została mistrzynią Lwowa w skokach z trampoliny, uprawiała narciarstwo. Odnaleźli się podczas okupacji, wzięli ślub w Warszawie w 1940 r. Ja się urodziłam rok później. Mieszkaliśmy na Saskiej Kępie. Do Powstania tato prowadził z kolegami firmę Strug projektującą meble. O, te fotele ogrodowe, na których siedzimy, to jego dzieło. Stoją w pokoju, bo je lubię. Trzy fotele to jedyna rzecz, jaka ocalała z Powstania, oprócz średniowiecznej kutej skrzyni podróżnej, prezentu od wujostwa Branickich z Wilanowa. Po Powstaniu znaleźliśmy się w transporcie na Łotwę, ale ojciec przekupił lekarza i wysadzono nas w miejscowości Drobin. Niemal do końca wojny byliśmy we wsi Bęchy.

Mieliście po wojnie kontakt z innymi ziemianami?

Słaby. Oni trzymali się razem w Krakowie, my byliśmy daleko. Jak jeszcze mieszkaliśmy w Sopocie, przyjeżdżała Anna Branicka, starsza ode mnie. Bywała jej ciocia Kasia Branicka. Stara, wysoka panna w sandałach i długiej płóciennej sukni prowadzała mnie na plażę, gdzie siadała pod wielkim czarnym parasolem. A dookoła rozbawione golasy w kostiumach kąpielowych. Umierałam ze wstydu! (śmiech) Tato wpisywał w dokumentach w rubryce "pochodzenie": inteligencja pracująca. Wielu ziemian nie mogło dostać się na studia z powodu nazwiska. Ferdek Radziwiłł parę razy zdawał na medycynę, Kazio Jaroszyński i Paweł Dzieduszycki zostali wzięci do tak zwanej armii podziemnej, czyli do kopalni, gdzie odsługiwali wojsko. Ja w szkole nie chwaliłam się dziadkami. Mało tego, gdy uczyliśmy się na historii o powstaniu kościuszkowskim i szewcu Kilińskim, okazało się, że u jego boku walczył nie mniej dzielny rzeźnik Sierakowski. Koledzy dokuczali mi tym rzeźnikiem. Zresztą o czym miałam mówić? Żyliśmy bardzo skromnie, najpierw nad morzem, bo ojciec kończył przerwane przez wojnę studia na Politechnice Gdańskiej, a potem w Zakopanem. Tam przenieśliśmy się ze względu na zły stan mojego i ojca zdrowia. W Sopocie mieliśmy mieszkanie, w którym bomba zrobiła dziurę w dachu. Tato sam naprawił dach, ale zimą rodzice przenosili się do mojego pokoju, bo w dużym, połatanym, był mróz. W Zakopanem biegałam do szkoły w śniegu w trampkach, bo nie było pieniędzy na buty. Do Warszawy wróciliśmy dopiero w 1957 r., gdy ojciec został kierownikiem pracowni w Biurze Studiów i Projektów Typowych Budownictwa Przemysłowego.

Ojciec wiedział o pani wizytach w Waplewie?

W 1968 r. wyjechał na kontrakt do Kanady. Wcześniej słuchał moich relacji z pałacu, ale sam się nie wybierał. Pierwszy raz pojechaliśmy tam razem latem 1983 r., gdy tato przyjechał z Kanady, gdzie osiadł na stałe. Była z nami też Jadzia Rey, siostra ojca.

Jak przeżył wizytę?

Udawał, że się nie wzruszył. Ale wiem, że ta wizyta była dla niego bolesna. Pałac był akurat po remoncie i ojca jako architekta szokowały dziwne przeróbki i rozwiązania instalacji. Tam do dziś po ścianach w pokojach biegną w dziwny sposób plątaniny rur. Wtedy wydarzyła się trochę nieprzyjemna sytuacja. Pana Gałeckiego odwiedził pewien Niemiec, przedstawiciel firmy sprzedającej nawozy sztuczne. Dyrektor ośrodka chciał urządzić miły wieczór i zaprosił nas i tego Niemca na kolację. I mój ojciec, który nigdy nie tracił rezonu, mówił świetnie po niemiecku, nagle oświadczył, że nie zejdzie na kolację. Długo go namawiałam i w końcu się zgodził, ale milczał podczas całego posiłku. Żeby jakoś zniwelować tę niezręczną sytuację, pan Gałecki zaczął opowiadać Niemcowi historię rodu Sierakowskich. Doszedł do śmierci dziadków, gość zbladł, a ojciec milczał. Coś okropnego.W sumie z tatą byliśmy tam jeszcze ze trzy razy.

Poszliście do wsi?

Tak. Mieszkał tam wtedy jeszcze stangret mojej babci, pan Krakowski. W sąsiedniej wiosce żyła pani Franciszka Krupińska, która pracowała we dworze najpierw w pralni, potem jako pokojówka. Ona pamiętała, że gdy brała ślub, mój dziadek powiedział, że spełni jej marzenie. Poprosiła więc o powóz na swój ślub. Dziś w pałacu pracuje jej wnuczka.

Ciekawe - jak ludzie wspominali dziadków?

Myślę, że dobrze. Dowodem może być to, że nie rozebrali po wojnie pałacu. Nie wszystkie dwory miały takie szczęście. Po wojnie cegła była na wagę złota. Pod koniec lat 70. odezwał się do mnie dyrektor Zespołu Szkół Rolniczych z Kisielic niedaleko Waplewa. Postanowił nadać szkole imię Stanisława i Heleny Sierakowskich. Musiał prosić o zgodę aż w Warszawie. Byliśmy z mamą i mężem na tej uroczystości. Siedem lat temu imię Rodziny Sierakowskich przybrała podstawówka w Waplewie.

Piłsudski ma kartonowe wąsy

Przyszedł rok 1989 i nagle okazało się, że może pani odzyska pałac.

W pierwszym odruchu złożyłam zastrzeżenie, że nikomu nie wolno decydować o pałacu poza Sierakowskimi. Ostatecznie decyzję podjęliśmy w listopadzie 2006 r. Teraz w Waplewie powstało Muzeum Tradycji Szlacheckiej i Pomorski Ośrodek Kontaktów z Polonią. Byłam już tak zmęczona latami walki o zabezpieczenie losu Waplewa, że nawet nie potrafiłam się cieszyć. Ale wielki kamień spadł mi z serca. Teraz jestem szczęśliwa i spokojna.

Tak trudno oddać państwu pałac?

O wiele trudniej niż go odzyskać i sprzedać. Bywałam u różnych ministrów, bez względu na okoliczności polityczne. Wszyscy mówili, że to świetny pomysł, ale na tym się kończyło.

Chciał ktoś dwór od pani kupić?

Tak. Parokrotnie chciano odkupić ode mnie roszczenia. Raz z pewnym człowiekiem umówił nas ktoś znajomy. To był chyba rok 2000. Spotkaliśmy się w Białej Sali w Waplewie. On rozwijał przede mną możliwości przerobienia pałacu na hotel. "A co będzie z ludźmi?" - spytałam go. "Z jakimi ludźmi?" - zdziwił się. "Ze wsi. Da im pan pracę w hotelu?" - naciskałam. "Ci ludzie, proszę pani, nie nadają się do niczego, to popegeerowcy" - rzucił lekceważąco. Wstałam od stołu, skończyłam rozmowę. Byłam oburzona.

Pani przejmuje się losem 'swoich' ludzi.

Skupiłam się na pomocy szkole. To świetna szkoła ze wspaniałym zespołem nauczycielskim. Od pięciu lat organizuję wycieczki dla kolejnych uczniów. Byliśmy już w Warszawie, Przeworsku, Gdańsku, Łańcucie i Krakowie. Ciotka Jadzia Reyowa daje pieniądze, które dostaje na ten cel od najbliższych zamiast prezentów urodzinowych. Korzystamy też z popularności mojego męża, który załatwia nam darmowe wejścia do muzeów. Co roku szkoła organizuje szopkę przed Bożym Narodzeniem. Siedzę w pierwszym rzędzie i jestem wzruszona. W 2006 r. w Święto Niepodległości było specjalnie napisane przedstawienie. Występował genialny mały Piłsudski z kartonowymi wąsami.

Nie męczy pani to wszystko?

Był taki moment, że telefon z waplewskiej szkoły dzwonił bez przerwy. "Pani Izo, cofnięto nam obiady, ratunku!". To ja wtedy dzwoniłam do Agencji Rolnej, uruchamiałam znajomości. Ludzie myśleli, że mogę wszystko, bo jestem z Warszawy i mam znanego męża. Teraz to się uspokoiło. Walczę o salę gimnastyczną dla szkoły.

Nie obawia się pani, że waplewianie wykorzystują panią? 'Przyjechała hrabina, niech nam coś da'.

Po pierwsze, sama zaoferowałam się z pomocą. Po drugie, nie czuję się wykorzystywana. Po trzecie, widzę, że kontakt wsi z pałacem zaczyna przynosić efekty. Dwór waplewski zaczyna ich łączyć. A jak ruszy tu pełną parą muzeum i ośrodek kontaktów z Polonią, to mam nadzieję, że znajdzie się praca dla miejscowych.

Z Izabellą Sierakowską-Tomaszewską rozmawiała Magdalena Grzebałkowska


sierakowscy.jpg
Helena i Stanisław Sierakowscy, zdjęcie ślubne, 1910 r.
Plik ściągnięto 13869 raz(y) 27,64 KB

_________________
Linkologia - 230 stron o Gdańsku. Dodaj do ulubionych!
 
villaoliva 
Olivaer


Dołączył: 23 Wrz 2004
Posty: 3300
Wysłany: Pon Mar 03, 2008 6:52 pm   

Wywiad "rzeka".
Smakowita lektura :==
_________________
Ponury Zwracacz Uwagi na Wykraczających Poza Ramy


www.staraoliwa.pl
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Dawny Gdańsk Strona Główna

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template subTrail v 0.4 modified by Nasedo. adv Dawny Gdansk