Oryginały są zawsze czymś wyjątkowym, są to grupy ludzi, które charakteryzują się osobliwością - dziwaczne zachowanie połączone z tragiczno-komicznym zachowaniem i często wywołują uśmiech na twarzach otaczających ich osób. Podobnie jak w wielu innych miastach, również w hanzeatyckim Gdańsku znaleźli się oryginały, do których ten opis z pewnością się odnosi.
Paulchen von Krantorfähr
Do czasów po I wojnie światowej między Krantor i Bleihof nie było promu parowego, lecz drewniana barka. Była ona ciągnięta przez Motawę na linie stalowej przez człowieka znanego jako oryginał. Był on znany wszędzie jako „Paulchen von der Krantorfähre”. Paulchen nie tylko bardzo lubił alkohol, ale także był dość bystry. ... Prawdopodobnie każdy znał „Paulchen von Krantorfähr”, jak go powszechnie nazywano mężczyzna krępej postury, z nieco „spłaszczoną głową”, zawsze bardzo skromny i o łagodnym usposobieniu. Zwykle wesoły, z krzaczastymi brwiami, czerwonymi policzkami, potężnymi wąsami i bulwiastym nosem.
Ponad wszystko kochał swój prom i Machandel, więc zawsze był trochę zły, gdy przeciągał ludzi przez Motławę.
Często musiał nagle zrzucać linę promową z rolek ślizgowych na środku rzeki i opuszczać ją do wody, gdy większy parowiec zbliżał się do jego kursu.
Nie zawsze udawało mu się to bezproblemowo, zwłaszcza że zwykle był dość wściekły z powodu takich przerw w jego przeprawie.
W sześćdziesiątym roku życia w sierpniu 1928 roku zmarł w Bleihof Paul Dodenhöft. Był gdańskim oryginałem, znanym jako „Paulchen vonne Krantorfähr”.
Aby uniknąć pochówku na cmentarzu dla ubogich na Saspe, zorganizowano zbiórkę pieniędzy, aby zagwarantować mu miejsce spoczynku na cmentarzu Barbarafriedhof, gdzie został pochowany przy wielkim aplauzie publiczności. Pastor Strehlau z kościoła św. Barbary wygłosił mowę pożegnalną..
Każdy mieszkaniec Gdańska znał Bruna jak własną kieszeń. Mieszkał z matką na Stolzenbergu.
Jego niepełnosprawność fizyczna została spowodowana uderzeniem pioruna. Gdziekolwiek coś się działo, Bruno musiał tam być.
Kilka tygodni później, po tym jak ze szczególnym oddaniem pochował swojego cenionego pastora Bialka na cmentarzu Schidlitz, wziął udział w kolejnym pogrzebie, ponieważ bez Bruno było to niemożliwe.
„Schucker Bruno” przechadzał się po Gdańsku w pasiastych spodniach, dopasowanej męskiej
zamkowej spódnicy i eleganckich białych rękawiczkach z laską na ramieniu.
Zawsze udawał gentelmana i wiedział, co jest właściwe i pojawiał się na weselach, chrzcinach i pogrzebach, aby zaoferować swoje usługi.
Często stawał przed drzwiami kościoła z okazji rodzinnych uroczystości i z wielką godnością otwierał drzwi powozu weselnego, zawsze kłaniając się
ku uciesze obecnych. W czasie pogrzebu opłakiwał żałobę razem z żałobnikami, nawet jeśli nie proszono o jego obecność.
Ten dziwny i nieszkodliwy człowiek po prostu nie mógł być zły.
Często pracował razem z policjantem drogowym na rogu Lange Markt i Melzergasse gorliwie i sumiennie wypełniając swoje obowiązki.
Mówiono, że był lekko zdezorientowany, jednak był częścią zewnętrznego wizerunku każdej ceremonii.
Miro
Na zdjęciu kadr z filmu „Blaszany bębenek“, w którym Marek Walczewski wcielił sie w postać Schucker Bruno.
Gdański Bowke
Bowke, hałaśliwy i agresywny, nieokrzesany człowiek z gatunku tych, którzy dawniej w alkoholowym zamroczeniu terroryzowali ulice przedmieść. Dolnoniemiecka forma słowa „Bubchen”.
Szkic do portretu Bowke'a
Jerzy Samp
Nazwa „Bowke” wywoływała dreszcz emocji, a nawet strachu, zarówno u przybyszów, jak i samych Gdańszczan. Nikt nie życzył sobie bezpośredniego spotkania z Bowke, nawet w dobrym tego słowa znaczeniu.
Louis Passarge w swoim dziele „Aus dem Weichseldelta” (1857) wypowiadał się na ten temat raczej negatywnie.
Przede wszystkim krytykował Bowkesów za pijaństwo i awanturnictwo, a także za zbyt częste posiadanie w pogotowiu ostrego noża jako ostatniej deski ratunku w sporach. Bowkesowie byli nie tylko postrachem lokalnych gospodyń domowych i szlachetnych obywateli, ale także szlachty.
Jako tzw. obserwanci znajdowali się pod specjalnym nadzorem policji i utworzonej w poprzednim stuleciu organizacji bezpieczeństwa.
Walther Domański z Gdańska poświęcił im w 1917 r. ciekawy szkic.
Poszukując pochodzenia słowa „bowke”, ustalił związek z dolnoniemieckim „Buben” (w znaczeniu łajdak) i czasownikiem „bowen”, czyli kraść.
Doprowadziło to do poglądu, że pierwotnie oznaczało to lokalnego sknerę, leniwego włóczęgę z „lepkimi” rękami.
Z czasem jednak, a potem coraz częściej, mówi się, że ludzie ci płatali swoim bliźnim rozmaite figle.
Słynny gdański pisarz Johann Daniel Falk przedstawił Bowkesów w akcji. W jego autobiograficznej powieści o życiu i cudownych podróżach
„Johanna von der Ostsee” (1805) mówi się o nich, że to oni zszywali płaszcze i ubrania ludzi w tłumie zajętym zakupami podczas jarmarku bożonarodzeniowego.
Wspomniany wcześniej Walther Domansky odniósł się do komedii i utworów muzycznych, które zostały napisane o gdańskich łucznikach.
Wspomina również o pocztówkach z ilustracjami Bowke, a także o wizerunkach i maskotkach Hansa Wursta. Wspomina nawet o „gdańskich likierach Bowke” firmy J. von Goetzen.
O wzruszających wierszach znanego gdańszczanina Johannesa Trojana (patrz antologia „Danziger Verse”). Trojan urodził się na Hundegasse w 1837 roku. „Bowke” było dla niego powszechnym słowem, zwłaszcza dla tych, którzy tak jak on dorastali niedaleko Motławy.
Słowo to było również znane jako forma zdrobniała, pomyślana jako czuły wariant słowa „Schelm” (łobuz), jako pobłażliwa rodzicielska wyrozumiałość dla nadpobudliwych chłopców. Słowo powstało w kręgu ludzi, których dialekt już dawno zniknął z gdańskich ulic. „Tak bardzo chciałbym znów być małym chłopcem”, mówi Johannes Trojan na końcu swojego wiersza, »i znów nazywać się Bowke«.
Wysłany: Pią Sie 15, 2025 3:11 pm Gustav Nord, gdanski orginał.
Gustav Nord, gdanski orginał.
Zwyczaj picia machandelu opisuje i przedstawia bardzo popularny wśród mieszkańców Gdańska aktor ludowy Gustav Nord z Teatru Miejskiego w Gdańsku w humorystycznych wierszach na serii pocztówek wydanej jeszcze przed 1939 r.
Najbardziej popularnym i znanym zwyczajem jest do dziś picie „Machandel mit der Pflaume” (machandel z śliwką). W tym celu używało się suszonych śliwek z pestkami, które moczono w rozcieńczonym machandelu. Aby w pełni cieszyć się smakiem tej starej specjalności, nie należy używać śliwek suszonych ani namoczonych w wodzie. Śliwkę nabijano na drewniany patyczek, umieszczano w szklance i dodawano machandel.
Na zdjęciach Gustav Nord w jednej ze swoich najlepszych ról, jako Bowke z Gdańska. Tutaj widzimy go w całej serii zdjęć z „Instrukcji picia machandelu”, ponieważ tego trunku nie wypijano jednym haustem, ale zgodnie ze specjalnym rytuałem.
„Oni wpisali się w krajobraz Gdańska i pozostali w nim na wieki“
Różnorodność naszych czasów ma w sobie coś biernego. Jednak to właśnie przedstawiciele barwnego życia z tamtych czasów byli jego filarami.
Mieli charakter, byli facetami lub dziwakami i jako tacy mieli osobowości pełne ostrych krawędzi. I właśnie to nadawało im tak szczególny urok wyjątkowości, czy to jako osobom indywidualnym, czy jako członkom ściśle określonej społeczności zawodowej.
Do takiej społeczności, a mianowicie starej i szanowanej gildii, należeli tragarze worków. Widywano ich wszędzie na „Langen Lauf” na wyspie Speicherinsel,
na Schäferei i oczywiście również w Fahrwasser. Jak sama nazwa wskazuje, nosili worki. Jeden worek z ziarnem ważył dwie centary, a worek cukru nawet pięćdziesiąt funtów więcej. Przez chwiejne deski tragarze przenosili swoje ładunki z ładowni statków do magazynu lub w drugą stronę.
Robili to sprężystym krokiem, bez sapania, niestrudzenie i potrafili celnie pluć. Jednak niewielu mieszkańców Gdańska wie, że poważnie rozważano postawienie im pomnika w parku Steffensa, do czego nasi dwaj malarze Bendrat i Hellingrath musieli już wykonać szkice „z natury”.
Jednak planowany odlew z brązu okazał się ostatecznie zbyt kosztowny dla pomysłodawcy tego projektu.
Na głowach wielu tragarzy nosiło stare czapki żołnierskie, znane jako „Krätzchen”, które ostatnio nosili jako rezerwiści, ładnie przekrzywione,
ale teraz pokryte mąką. Inni „bronili się” przy pomocy odpowiednio przyciętych filcowych kapeluszy, które jednocześnie stanowiły niewielką ochronę karku. Koszula była zawsze w szerokie niebiesko-białe paski i noszona była na spodniach. Spodnie te były albo podwiązane pod kolanami,
albo noszono do nich grube wełniane skarpety.
Nasi tragarze nie lubili zbytnio rozmawiać. A jeśli już to robili, to krótko, burkliwie i drastycznie, na przykład wieczorem przy barze „Springer”,
gdzieś na Röpergasse, w destylarni przy Aschbrücke, kiedy właśnie przybywali z dworca Leegetor, „von de Loren”, w „Kanone”, tej piwnicznej knajpce niedaleko Trumpfturm, lub w „Zollamt 5” na Schäferei „Inne Ohr”.
W knajpach spotykali się czasem z innymi mężczyznami, którzy również doskonale znali się na przenoszeniu ciężarów. Byli to na przykład pracownicy firmy transportowej Heinrich Hülsen i Meyer & Sohn lub woźnicy z browaru „de Aktien” lub „Fischer aus Fahrwasser”.
Byli to również faceci jak szafy, ale zawsze nosili niebieskie koszule, czarne skórzane fartuchy z szerokim klapą na piersi i długie spodnie. Oni również potrafili wypić ogromne ilości piwa i wódki, a także Machandel, i zawsze na początek podawano „Kukilorchen”, a piwo służyło do „popicia”.
Wysłany: Nie Paź 19, 2025 2:51 pm „Poguttke”,Fritz Jänicke
„Poguttke”,Fritz Jänicke ur. 1885 roku.
Początkowo Jänicke studiował architekturę, ale przerwał studia i przeniósł się z pracowni rysunkowej do
redakcji gazety „Danziger Neueste Nachrichten”.
Szybko stał się znaną postacią w mieście Gdańsku. Jako redaktor kulturalny był ceniony za swoje humorystyczne felietony.
Pod pseudonimem „Poguttke”, były brygadzista murarski, Jänicke przez ponad trzy dekady w każdą sobotę publikował komentarz na temat cotygodniowych wydarzeń w Gdańsku w gazecie „Danziger Neueste Nachrichten”. Czasami były to krótkie wiersze, czasami artystycznie wyostrzone sceny dramatyczne lub humorystyczne dialogi.
Poguttke-Jänicke stał się dzięki swoim oryginalnym, prawdziwie gdańskim zwrotom, niezliczonym aluzjom, dolnoniemieckiemu, dobrodusznemu szyderstwu, które z nieufnością i zdrowym rozsądkiem podchodziło do rozdmuchanych spraw świata, żywą częścią wyposażenia starego miasta.
Miniaturowy filozof Fritz Jänicke zmarł w lipcu 1945 roku.
Jego grób znajduje się na cmentarzu oliwskim.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum