Dawny Gdańsk Strona Główna Dawny Gdańsk


FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  DownloadDownload

Poprzedni temat :: Następny temat
Gry i zabawy z dawnych lat
Autor Wiadomość
Sabaoth 
Zachodni Prusak


Dołączył: 23 Kwi 2004
Posty: 11338
Wysłany: Wto Cze 04, 2013 10:35 pm   

Yac.Ek napisał/a:
Kiedyś zniszczyłem atlas żeby mieć flagi do kapsli.

Nie Ty jeden :hihi:
_________________
www.danzig-online.pl
 
 
bavar 
Schönfeld

Dołączył: 12 Sie 2008
Posty: 158
Wysłany: Sro Cze 05, 2013 6:34 am   

Jeno gry w dołek chyba nikt do tej pory jeszcze tu nie wymienił :hihi: Rzucało się z określonej odległości monetą do wyskrobanego w ziemi dołka. Zasadą chyba było to, że jak ktoś trafił odrazu do dołka, to wygrywał monety innych.. Jakoś tak :hmm:
_________________
Schönfeld, ex-Stolzenberg..
 
Martino 


Dołączył: 02 Lut 2006
Posty: 490
Wysłany: Sro Cze 05, 2013 8:05 am   

Ja pamiętam rzucanie monetami "do ściany". Zgarniał pulę ten, czyj pieniążek był najbliżej ściany.
_________________
"Nie ufać myślicielom, których umysły wprawia w ruch dopiero cytat"
Emil Cioran — Zeszyty 1957-1972
 
Sbigneus 
wiarus


Dołączył: 08 Mar 2007
Posty: 249
Wysłany: Sro Cze 05, 2013 3:27 pm   

Martino napisał/a:
Ja pamiętam rzucanie monetami "do ściany". Zgarniał pulę ten, czyj pieniążek był najbliżej ściany.


W mojej wersji te rzuty o ścianę charakteryzowały się tym, aby pieniążek nakrył inny. Wtedy pula moja. :dziadek:
_________________
Pości i pości.Nawet jak nie ma postu.
 
Yac.Ek 

Dołączył: 10 Paź 2008
Posty: 62
Wysłany: Sro Cze 05, 2013 4:41 pm   

Myśmy grali w "Orał czy Reszkę"". Gra polegała na tym, że rysowało się coś na kształt linii boiska z bramką i rzucało się monetami o nominale 1, 2 lub 5 zł, ten kto trafił w "Banczek" zabierał całą pulę. W przypadku kiedy nikt nie trafił, osoba która była najbliżej linii "banku"zbierała się wszystkie monety, wybierała się orła lub reszkę i podrzucała w górę. Tyle monet ile spadło o wybranym znaku było jego.
 
Grażyna M.L 
Sapere aude


Dołączyła: 13 Sty 2010
Posty: 77
Wysłany: Sro Cze 05, 2013 9:01 pm   W co było grane

Na Marienburgu - jakiś czas temu przerabialiśmy ten temat :huuurra:

http://www.marienburg.pl/viewtopic.php?t=8033
 
Sbigneus 
wiarus


Dołączył: 08 Mar 2007
Posty: 249
Wysłany: Czw Cze 06, 2013 6:20 pm   

Grażyna :== , wszystkie te gry były zaliczone .
_________________
Pości i pości.Nawet jak nie ma postu.
 
TOMB 


Dołączył: 23 Lis 2004
Posty: 359
Wysłany: Nie Paź 27, 2013 11:52 pm   Gra w Państwa

Dana napisał/a:
A jak wyglądało słoneczko, bo nie kojarzę.

Z otwartej dłoni z rozłożonymi palcami.
A pamiętacie grę "W państwa"? Rysowało się olbrzymi okrąg na piasku, dzieliło na tyle równych cześci ilu graczy. Każdy przybierał nazwę jakiegoś państwa. Rekwizytem był solidny patyk. Po krótce trzeba było trafić patykiem w gracza żeby zabrać część z jego państwa.
_________________
"(...) lecz ta jedyna której strzeże
liczba najbardziej pojedyńcza
jest tutaj gdzie cię wdepczą w grunt
lub szpadlem który hardo dzwoni
tęsknocie zrobią spory dół"
 
Dana 

Dołączyła: 30 Gru 2010
Posty: 241
Wysłany: Pon Paź 28, 2013 7:25 am   

"W państwa" grałam w wersję z nożem. Oczywiście nie rzucało się w gracza :mrgreen: tylko w jego terytorium i z miejsca wbicia noża zakreślało się przejętą ziemię.
 
Voit 

Dołączył: 05 Cze 2008
Posty: 138
Wysłany: Sro Lis 20, 2013 5:57 pm   

...A graliście "w kamienia"?
Zasady podobne do gry "w państwa", tylko zamiast patyka kopało się do siebie kamień.
I oczywiście chodziło o to, żeby trafić przeciwnika.
Za trafienie kamieniem w nogę przeciwnika możnabyło "odciąć" sobie z jego terytorium ziemi na pięć tip-topków.
Ale jeśli kamień wyleciał poza pole gry, przeciwnik odcinał kopiącemu trzy tip-topki ziemi.

...Świetny temat. :==
Kto dziś pamięta o zabawach, do których nie potrzebowaliśmy niczego, poza wolnym czasem i chęciami...
 
Henio 

Dołączył: 24 Maj 2011
Posty: 149
Wysłany: Sob Lis 23, 2013 6:06 pm   

Voit napisał/a:
A graliście "w kamienia"

Grałem , ale to nie było tu http://youtu.be/a2I3skvt9Jk
Tylko w szwagra celowałem w '80 roku ubiegłego wieku , on był w ZOMO i ostatecznie wygrał tą bitwę . Emeryt po 15tu latach , może dalej pracować i ma się lepiej niż ja .
 
Romek52 

Dołączył: 01 Sty 2012
Posty: 187
Wysłany: Pon Lis 25, 2013 6:54 pm   

A pamiętacie CYMBERGAJA , piłka nożna na szkolnej ławce monetami:
20 gr to zawodnik ,10 gr. piłka.
Strzelało się grzebieniem do bramek wydrapanych na blacie ławki :oops:
Graliśmy na wszystkich przerwach. :hiphip:
 
wodzu
[Usunięty]

Wysłany: Nie Mar 02, 2014 5:25 pm   

Romek52 napisał/a:
A pamiętacie CYMBERGAJA , piłka nożna na szkolnej ławce monetami:
20 gr to zawodnik ,10 gr. piłka.
Strzelało się grzebieniem do bramek wydrapanych na blacie ławki :oops:
Graliśmy na wszystkich przerwach. :hiphip:


Ja pamiętam! Pierwsze co przychodzi mi też do głowy (pewnie ktoś już wspomniał) gry w kwadraty, czyli każdy miał swój kwadrat narysowany kreda itd i piłka mogła odbić się na jego polu tylko razy inaczej kusił. Jeszcze kojarzę "marynę" czyli kopnięcie piłki w trzepak, bramkę zależy co było i np. za górną poprzeczkę trzepaka 50 za dolną 25 , za słupek 10pkt i tak dalej..
 
Soller 


Dołączył: 09 Lut 2013
Posty: 67
Wysłany: Wto Mar 04, 2014 12:19 am   zabawy w wojsko

Pewnie to nie najlepszy moment na pisanie o wojnie w formie zabawy, ale zaryzykuję...
Chłopakowate dzieciństwo w latach 60. spędziłem w Matarni. Mieszkaliśmy tam w kilka rodzin, w pałacu po niemieckim dzierżawcy majątku - Remerze. Folwark został zamieniony w PGR, którego biura też były w pałacu. Czterooddziałowa szkoła znajdowała się o rzut kamieniem, w budynku pobudowanym dla syna dziedzica, gdy ten się usamodzielnił w latach 30. Dzieciaków, jak to wtedy, było mnóstwo: część pochodziła z zasiedziałych rodzin kaszubskich, inne z napływowych, z różnych dzielnic Polski. Była też chyba jedna familia ukraińska. Żadnych animozji między dziećmi z tytułu przynależności do różnych grup kulturowojęzykowych nie pamiętam. Łączyły nas też wspólne praktyki religijne w pobliskim kościele. Chłopaki z miejscowych rodzin z nami rozmawiali po polsku, a my łatwo uczyliśmy się kaszubskich zwrotów. Moim najlepszy kolegą był właśnie Kaszub imieniem Franek. Teren pałacu, a szczególnie jego piwnice i strych były doskonałymi miejscami zabaw. Podobnie, otaczający budynek, wspaniały park, ze starymi kasztanami oraz opuszczone, na wpół zrujnowane stajnie i inne gruzowiska zapewniały fantastyczne warunki do spędzenia niepowtarzalnego dzieciństwa. Ponieważ wtedy dopiero pojawiały się pierwsze telewizory z marnym i krótkim programem, większość czasu spędzaliśmy na zabawach w okolicy. Gdy podrośliśmy zapuszczaliśmy się nawet w lasy po drugiej stronie dzisiejszej ulicy Słowackiego. Atrakcją w nich był strumień z bobrami - bodaj było to pierwsze miejsce odtwarzania ich populacji. Większość naszej grupy stanowili chłopcy, choć bawiło się z nami i kilkoro dziewcząt. Najczęściej odtwarzaliśmy bitwy lub odbywały się podchody. Oryginalnością naszych zabaw było wyposażenie: niemal wszyscy dźwigaliśmy powojenny złom, zardzewiałe karabiny, taśmy z nabojami, pasy z ładownicami, puszki karbowane po niemieckich maskach pegaz i inne. Były też chełmy, ale używaliśmy je rzadko, bo nie miały pasków. Tych pozostałości wojny było wszędzie bardzo dużo ponieważ toczyły się tam ciężkie walki w 1945 roku. Wokół były całe linie okopów, z gniazdami na ciężką broń, trafiały się niezniszczone bunkry i zapomniane składy amunicji. Na miedzach stały krzyże z przestrzelonymi chełmami na grobach bitewnych, w czasie orek ciągle wyskakiwały "rodzynki" w formie niewybuchów. Najwięcej było pocisków moździerzowych. Po saperów dzwonili jak się uzbierała większa sterta. Podczas deszczów nieraz osuwała się ziemia i odsłaniała kościotrupy poległych, których przysypał ostrzał artylerii. Inni byli prowizorycznie pochowani i zapomniani. Byliśmy z tym niejako oswojeni. Podczas jednej z wypraw do lasu koleżańka zapadła się do schronu ziemnego. Wewnątrz znaleźmy w brezentowym pokrowcu, wiszącym przy słupie drewnianym, karabin maszynowy MG 42, zakonserwowany, w świetnym stanie. Ja nosiłem najpierw szkielet kb mauzer, bez części drewnianych, a gdy "awansowałem" dostał mi się pm bergman, który był niemal kompletny i niezardzewiały. Kiedyś, idąc całym oddziałem na "wojnę" w lesie, ciężko objuczeni wojskowym ekwipunkiem, trafiliśmy na naszego proboszcza - księdza Bigusa, byłego więźnia obozu koncentracyjnego, który szedł od szosy, gdzie był przystanek pekaesu. Palnął nam wtedy zawstydzającą mowę o paskudztwie wojny, jej okrucieństwach i zakazał nam się bawić w ten sposób. Musieliśmy mu przyrzec, że więcej nie tkniemy tego żelastwa i że nie będziemy udawać strzelania, bo to przecież oznacza chęć zabijania bliźniego swego. Rzecz jasna niewiele z tego pojęliśmy i wkrótce odbyły się kolejne działąnia wojenne. Inną ciekawą sprawą było odkrycie, podczas buszowania w piwnicy pałacu, zamaskowanych drzwi i wejście do nieznanych pomieszczeń. W jednym z nich było łóżko metalowe ze sprężynami oraz sterta niemieckich czasopism. Niektóre z nich pokazywały zdjęcia z hitlerowskiej defilady zwycięstwa w 1939 roku, w Warszawie (jak teraz wiem). Była tam też puszka na maskę pegaz oraz niewielka, stara książka, może kieszonkowa biblia, z twardymi, tłoczonymi okładkami, drukowana gotykiem i z datą z końca XIX wieku. Tkwił w niej skośnie pocisk karabinowy. Z tych "katakumb" można było wyjść pod werandę pałacu. Dorośli bardzo ucieszyli się z naszego odkrycia i zajęli je na ziemniaki itp. Co się stało z rzeczami po Niemcach nie wiem. Na zakończenie dodam, że rodzice często nas przestrzegali i karali ostro za zabawę militariami, gdyż zdażały się wybuchy niewypałów od których ginęli lub byli ranieni: zarówno dorośli jak i dzieci. (Starsi preparowali ładunki do kłusowania na ryby w gliniankach). Nie bacząc na to i tak wydobywaliśmy proch z pocisków dla potrzeb imprez typu "światło i dźwięk". Jedna z nich, odbyła, się pod nieobecność dorosłych w byłej kuchni dworskiej, gdzie był dość wysoko sufit. Mając na uwadze ostrzeżenia rodziców o grożących niebezpieczeństwach wpadliśmy na genialny pomysł zastosowania się do nich bez rezygnowania z wybuchowych atrakcji. W tym celu, z niejakim wahaniem, ale odpuściliśmy sobie wrzucanie prochu bezpośrednio do ognia. W zamian usypaliśmy z niego spore "mrowisko" na ...fajerkach pieca, a następnie rozpaliliśmy pod nimi. Gdy ogień zabuzował w szczapach drewna i w węglu pochowaliśmy się po kątach i za stołami, wychylając głowy co chwila, aby sprawdzić jak sprawy idą. Gdy już traciliśmy nadzieję na eksplozję, nagle proch zapalił się od nagrzanego żeliwa i "fuknął" ognistym słupem, który sięgnął białego stropu i rozszedł się "jęzorami" we wszystkich azymutach, wypalając na nim coś w rodzaju odbicia liści palmy. Ne licząc małych poparzeń, ponadpalanych włosów i osmoleń nikomu z nas nie stało się nic poważnego, ale co się działo po powrocie rodziców nie opiszę ponieważ moja pamięć w tym momencie się gwałtownie urywa i podejrzewam ją o tzw. wypieranie. Przypuszczam, że niektórym z nas oberwało się mocniej niż od eksplozji. I dobrze.
 
Marek Z 

Dołączył: 12 Sty 2004
Posty: 1753
Wysłany: Sro Mar 05, 2014 9:04 am   

Prawie jak "oddział" Weisera Dawidka :)
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Dawny Gdańsk Strona Główna

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template subTrail v 0.4 modified by Nasedo. adv Dawny Gdansk