Dawny Gdańsk Strona Główna Dawny Gdańsk


FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  DownloadDownload

Poprzedni temat :: Następny temat
Dawna Gdynia - port, statki, okręty
Autor Wiadomość
Colonel 

Dołączył: 25 Lip 2011
Posty: 183
Wysłany: Sro Gru 14, 2011 9:00 am   

A masz coś więcej o jego zatopieniu w 1943? Wiem tylko, że mówi się o dramatycznym pożarze, uwięzionych ludziach (pacjentach?).
_________________
Polemika z durniem albo chamem jest bezcelowa, najpierw ściągnie cię na swój poziom, a potem pokona doświadczeniem.
Colonel

www.armator-i-skipper.pl
 
pumeks 


Dołączył: 22 Paź 2003
Posty: 7291
Wysłany: Sro Gru 14, 2011 9:41 am   

To może by to wkleić, zanim zniknie z ogólnodostępnego internetu :roll:
Cytat:
Nikt nie chce pamiętać o "Stuttgarcie"

Bożena Aksamit, Bartosz Gondek 2008-05-23, ostatnia aktualizacja 2008-05-23 11:46:30.0

Statek palił się jak pochodnia. Daremnie chorzy, pielęgniarki i marynarze wołali o pomoc. Niemcy, aby skrócić męki rodaków, strzelali do nich z nabrzeża

Amerykańskie bomby, które spadały na Gdynię w sobotnie popołudnie, 9 października 1943r., zabijały wszystkich bez wyjątku. Umierali Polacy, Niemcy, Anglicy, Francuzi i Włosi. Bomby sypały się z nieba jak kartofle z rozerwanego worka. Cel nalotu był jasny - zniszczyć Gotenhafen - największą na Bałtyku bazę Kriegsmarine. Port, stocznie, fabryki. W ciągu dwudziestu pięciu minut zginęły dwa tysiące ludzi. Ilu spłonęło żywcem na parowcu m/s "Stuttgart", nie dowiemy się już nigdy.

- Nikomu nie zależy, żeby to ujawnić - mówi Waldemar Kohnke, najprawdopodobniej jedyny żyjący świadek tragedii. - Pewnie koło tysiąca. To był duży statek, większy niż nasz "Batory".

W sobotę 9 października, gdy setki Niemców umierały na jego oczach, miał dziesięć lat. Stał i patrzył, jak płonie wielki statek. - Amerykanie zbombardowali statek szpitalny, a to jest zbrodnia wojenna. Niemcy go nie ugasili, bo nielegalnie przewozili amunicję. By zatrzeć ślady, zatopili statek i szybko o nim zapomnieli.

Polacy po wojnie mieli swoje problemy. Wrak rozerwano ładunkami wybuchowymi i przetopiono w hutach. Po "Stuttgarcie" i jego pasażerach zostały kawałki blach i mazut snujący się po dnie Zatoki Gdańskiej.

- Więc po co pan chce, żebyśmy o tym napisali? - pytamy.

- Trzeba jakoś uczcić tych ludzi. Inaczej będą się dopominać o pamięć - starszy człowiek ciężko wzdycha. -Tajemnica ciąży, obarczając kolejne pokolenia niepokojem.

Waldemar Kohnke urodził się, gdy Hitler został kanclerzem III Rzeszy. Dziś ma 73 lata. Jest emerytowanym inżynierem. -Ciągle słyszę w tyle głowy: Hilfe! Hilfe! Widzę płonący pokład i białe łokcie, które próbują przez za małe bulaje wydostać się na wolność. I ten krzyk pełen bólu. Tego nie można zapomnieć. Ja nie umiem.

Najważniejszy niemiecki port na Bałtyku
Gdynia w III Rzeszy nazywa się Gotenhafen. Od 19 września 1939 r. Polskie miasto "z morza i z marzeń" okupanci zamienili w bazę Kriegsmarine. Sprowadzono tu rodziny dygnitarzy hitlerowskich - aparatu administracyjno-policyjnego, pracowników cywilnych i wojskowych. Polacy, których nie zamordowano, nie zamknięto w obozach i nie zesłano do Generalnej Guberni, zamieszkali na przedmieściach. Ze 125 tys. została niecała połowa.

Darmową siłę roboczą stanowiła ludność sprowadzona z całej Europy na prace przymusowe. Ponad czterdzieści tysięcy. Francuzi, Anglicy, Włosi i Rosjanie. Osadzono ich w 30 obozach. Są niezbędni, bo port, stocznia i fabryki zbrojeniowe pracują na trzy zmiany. Przedwojenne składy Cukroportu, America Scantic Lines, Panta Rei przerobiono na magazyny zaopatrzenia wojska, na okręty wojenne czekają hale pełne mundurów, lekarstw i żywności. W hangarach leżą równe rzędy torped i skrzynie pełne amunicji. Dawny port handlowy stał się gigantyczną bazą wojenną. Na miejscu "Batorego" i "Piłsudskiego" cumują legendarny pancernik "Bismarck" i "Schleswig-Holstein". W sąsiednim basenie bosmańskie gwizdki wzywają załogę pancernika "Gneisenau". Jego wielki cień przysłania statki pomocnicze i szpitalne: "Cap Arconę", "Goyę", "Wilhelma Gustlofa" i "Stuttgart". W bazie działa największy ośrodek szkolenia załóg okrętów podwodnych w Rzeszy.

Tam, gdzie w latach 30. powstawał pierwszy polski statek, teraz remontuje się i buduje setki okrętów. W stoczni pracuje sześć tysięcy osób. Zatrudnienie wciąż rośnie, bo niedługo ma ruszyć budowa lotniskowców.

Alianci szybko orientują się, że Gotenhafen trzeba zniszczyć. Lepiej atakować okręty stojące przy nabrzeżach i w stoczniach, niż ścigać Niemców na morzach.

Po raz pierwszy czterosilnikowe fortece nadlatują w czerwcu 1942 r. Bomby spadają niecelnie i straty są niewielkie, ale Niemcy już nie mają złudzeń. Gotenhafen stało się obiektem szczególnej uwagi wroga.

Wzmacniają artylerię przeciwlotniczą, a w bazie pojawia się włoski batalion zadymiania "Nebiogino Bataglione" z urządzeniami do wytwarzania i stawiania sztucznej mgły. W ciągu kilkunastu minut są wstanie ukryć całą bazę pod śnieżnobiałą pierzyną.

Śmierć leci przez mgłę
- Pamiętam jak dziś - opowiada Waldemar Kohnke. - To był piękny, słoneczny dzień. Wałęsamy się z kumplami po Oksywiu. Mieliśmy się rozchodzić do domów, bo zbliżała się pora obiadu. Wtem usłyszeliśmy wycie syren. Nalot. Jak to dzieciaki, poczuliśmy dreszczyk emocji.

- Nie baliście się?

- Nie. Strachu nie było. Wiadomo, bomby polecą na port i fabryki broni. Nawet ucieszyliśmy się, że Italiańcy będą puszczać mgłę. Pobiegliśmy szybko na górę, żeby lepiej widzieć.

Centrum Gdyni i port leżą w dolinie. Po obu stronach wznoszą się strome wzniesienia: Kępa Redłowska i Oksywska. Ostry klifowy brzeg wpada tam wprost do zatoki.

- Początkowo było jak zwykle. Najpierw syreny, po chwili biały dym zaczął otulać dolinę -wspomina Kohnke. -Potem głuche dudnienie. Czekaliśmy, aż mgła zacznie opadać. Poprzednio zawsze było super. Gdy samoloty znikały, z każdą minutą wyłaniały się nowe szczegóły. Najpierw maszty, potem kominy, wreszcie całe statki i budynki. Na końcu pojawiało się morze. Pyszny widok. Tym razem było inaczej. Nad Gotenhafen nadleciało 500 samolotów 8. Floty Powietrznej USA. Każdy z nich niósł pod skrzydłami 5 ton bomb.

Nie pomogła mgła ani artyleria przeciwlotnicza. W trakcie ataku w bazie panuje olbrzymia panika. Trajkoczą działa. Niemcy próbują trafić wroga. Obrona jest jednak beznadziejna. Trafiają tylko 28 fortec, pozostałe z otwartych komór bezkarnie zrzucają ładunek. Z nieba przykrytego gęstą mgłą bomby lecą jedna za drugą. Każda niszczy wszystko w promieniu 200 metrów. Rozrywają metalowe kadłuby statków, a trafione budynki rozpadają się w tumanach kurzu. Huk, płomienie i dym. Kaskady wyrzucanej z wielką siłą wody rozbijają się o nabrzeża, spłukując gruzy i krew.

- Spustoszenie w Gdyni było straszne, ulice zawalone rumowiskiem. Na ulicach trupy, części ludzkich ciał, które Niemcy natychmiast kazali zbierać i składać do skrzyń - opisuje skutki nalotu Klemens Przewoski, proboszcz z Oksywia, we wspomnieniach opublikowanych przez "Rocznik Gdyński" z 1991 r.

Krzyk o pomoc
- Statek został trafiony bombą i błyskawicznie zajął się ogniem - mówi Kazimierz Małkowski działacz Koła Starych Gdynian, autor przewodników po Gdyni. - Wedle relacji świadków, którzy byli wtedy w porcie, gwałtowny pożar ogarnął cały pokład. Ci, którzy nie uciekli tuż po trafieniu, nie mieli już szans na ocalenie.

Jak olbrzymi ogień trawił "Stuttgart", doskonale widać na fotografii zrobionej przez Amerykanów w trakcie nalotu. Jedną czwartą portu przykrywa dym unoszący się ze statku.

Waldemar Kohnke: - Zbiegliśmy zaciekawieni z góry, bo gdy odleciały samoloty, zobaczyliśmy smolistą smugę. Na dole zrozumieliśmy, co się dzieje. Wycie ludzi roznosiło się po zmasakrowanym bombami porcie. Skamieniali staliśmy wpatrzeni w białą burtę, w wielki czerwony krzyż. Olbrzymi słup ognia strzelający z nadbudówki na rufie sięgał nieba, a mniejsze jęzory omiatały cały pokład. Z otwartych bulajów wystawało kłębowisko ludzkich głów i rąk. I ten krzyk o pomoc.

Statku nikt nie gasi. Po godzinie komendant bazy kontradmirał Joachim Plath wydaje rozkaz, by płonący parowiec opuścił port. Koło 14 dwa holowniki wyprowadzają jednostkę na redę. Statek kiwa się na płytkiej wodzie naprzeciwko klifu wznoszącego się nad zatoczką. Przycupnęły w niej drewniane łodzie. Porzucony kilometr od stromego brzegu "Stuttgart" płonie żywym ogniem. Właściciele łódek, mieszkańcy rybackiej osady na Oksywiu doskonale widzą dramat Niemców.

Klemens Przewoski: - Statek palił się jak pochodnia. Żar, który bił od niego, był tak wielki, że dla innych statków, które chciały go ratować, niemożliwe było się do niego zbliżyć. Daremnie marynarze niemieccy z okrągłych okien wołali o pomoc. Nie było dla nich ratunku. Opowiadano, że Niemcy, aby skrócić męki, strzelali do nich z nabrzeża.

Mijają kolejne godziny. Wieczorem zjawiają się trzy dozorowce Sicherungsflottille. Artylerzyści celują tuż przy linii wody. Gdy burtę "Stuttgartu" przebija 25. pocisk kalibru 88 mm, statek przechyla się i tonie. Rozkaz zatopienia wydało MOK Ost - Naczelne Dowództwo Wschód, a po miesiącu, 26 listopada, Kriegsmarine oficjalnie powiadomiło armatora o utracie statku.

Z wraku wymontowano dwie kotwice. Trafiły do bazy w norweskim fiordzie Stavanger.

Wszyscy, którzy tam byli, zginęli na miejscu
Gdy parowiec zapadał się w wody Zatoki Gdańskiej, miał 19 lat. Od czterech służył w Kriegsmarine jako pływający szpital. Zbudowany w szczecińskiej stoczni AG Vulcan dla Norddeutscher Lloyd był początkowo ekskluzywnym wycieczkowcem. W dziewiczy rejs popłynął w 1924 r., zabierając z Bremerhaven do Nowego Jorku kilkuset pasażerów. Po czternastu latach, gdy się zestarzał, został sprzedany nazistowskiej organizacji związkowej Deutsche Arbeitsfront i wszedł w skład flotylli statków "Kraft durch Freude". Luksusowe apartamenty zamieniono na ekonomiczne kabiny dla niemieckich robotników. III Rzesza fundowała im, w zamian za ciężką pracę, wczasy na morzu.

Na dwa miesiące przed wybuchem wojny przejęła go marynarka wojenna. Po remoncie "Stuttgart" staje się pływającym szpitalem dla 485 pacjentów. Dogląda ich 120 pielęgniarek i kilkunastu lekarzy. Do tego ponad 300 marynarzy. Razem prawie tysiąc osób. Świeżo upieczony "Lazaretschiff C" ma 170 m długości, kilka poziomów mieszkalnych. Kajuty dla chorych są na górnych piętrach, sale szpitalne i gabinety na rufie.

Jesienią 1943 r. na pokład statku trafili ciężko ranni weterani walk na Ukrainie i Kaukazie.

-W czasie wojny, każda ze stron konfliktu podaje listę jednostek, które będą miały statut statku szpitalnego. Są nietykalne i nikt nie ma prawa ich atakować - tłumaczy komandor dr Adam Szulczewski z Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni. - Statek szpitalny nie może być uzbrojony i musi być pomalowany na jasny, kontrastowy kolor, mieć symbol czerwonego krzyża na burcie. Jeżeli rusza w rejs, to dowództwo floty podaje do ogólnej wiadomości jego trasę. Taka jednostka jest chroniona prawem międzynarodowym i atak na nią jest uznawany za zbrodnię wojenną.

- Więc dlaczego został zbombardowany? - pytamy komandora.

Siedzimy już czwartą godzinę w jego gabinecie. Okna wychodzą na port wojenny, który 64 lata temu próbowali zniszczyć Amerykanie. Akademia Marynarki Wojennej mieści się na Oksywiu, kilometr od miejsca gdzie płonął "Stuttgart".

- Nie mam wątpliwości, że "Stuttgart" został trafiony przez przypadek - tłumaczy komandor. - Z wysokości 2,3 km, a na takiej leciały samoloty, taki statek jest wielkości zapalniczki. Kamuflaż, jakim był okryty od strony morza, dodatkowo uniemożliwiał rozpoznanie statku szpitalnego. Zresztą, piloci mieli zrzucać bomby na określony obszar. W tym przypadku port i stocznię. To nie było jakieś finezyjne strzelanie. Nad celem otworzyli luki i bomby poleciały w dół.

- Dlaczego Niemcy pomalowali go w barwy maskujące, skoro był chroniony prawem?

- Nie malowali go, po prostu przykryli siatką od strony wody. Taki jaskrawy element, jak biały, duży statek jest świetnym punktem orientacyjnym dla przeciwników. Zwłaszcza że liczne źródła wskazują, iż Niemcy nie mieli czystego sumienia.

Intencje okupanta bez ogródek ocenia dr Aleksy Kazimierczak, historyk z AMW, w artykule "Samoloty nad Gotenhafen", opublikowanym w "Roczniku Gdyńskim". "Zbombardowano też zarejestrowany jako statek szpitalny Kriegsmarine parowiec pasażerski "Stuttgart", który faktycznie spełniał rolę bazy okrętów podwodnych. Załadowany torpedami, amunicją i paliwem był gotowy do wyjścia na Atlantyk. Gdy wybuchł na nim pożar, w obawie przed nieobliczalnymi skutkami dla całego portu i miasta, pospiesznie wyholowano go na redę i zatopiono".

Czy pływający na "Stuttgarcie" wiedzieli o jego podwójnej roli? Nie wiemy. Zachowała się relacja pielęgniarki, która uszła z życiem z płonącego statku. Można ją znaleźć w publikacji wydanej w1979 r. z okazji 125-lecia Hamburskiego Czerwonego Krzyża "Stationen der Menschlichkeit 125 Jahre Rotes Kreuz in Hamburg".

Siostra w liście do przyjaciółki pisze: "W trakcie obiadu zawołano dwie pielęgniarki, aby poszły na salę operacyjną. Kto by pomyślał, że nigdy już ich nie ujrzę. Wkrótce ogłoszono alarm przeciwlotniczy. Wszystkie pielęgniarki zostały na swoich miejscach, byliśmy przekonani, że oznakowany statek szpitalny nie będzie atakowany. Stało się coś strasznego. Zostaliśmy trafieni kilkoma bombami i statek został mocno uszkodzony. Jeden z pocisków wybuchł w sali szpitalnej. Lekarze nie przerwali operacji podczas nalotu. Wszyscy, którzy tam byli, zginęli na miejscu".

Na tym kończy się relacja pielęgniarki. Ani słowa o pożarze i zatopieniu statku przez Niemców.

- My też nie wiemy, ile osób tam spłonęło - tłumaczy się Gerhard Olter, przewodniczący Mniejszości Niemieckiej w Gdańsku. - Dbamy o pamięć poległych na "Gustlofie". O "Stuttgarcie" niewiele wiadomo, tyle tylko, że żołnierze dobijali ludzi, którzy tam zostali, bo nie było szans, aby ich uratować.

We wszelkich dostępnych niemieckojęzycznych publikacjach na temat parowca powtarza się lakoniczne: podczas nalotu statek został trafiony bombą. Prawie wszyscy zaokrętowani zginęli.

Kriegsmarine nie ma pretensji o "Stuttgart"
Kilka dni po nalocie w Gotenhafen rozchodzą się plotki, że statek zatopiono, bo nie było tam nic cennego. Ładunkiem o znikomej wartości miały być rzekomo prostytutki, przewożone do lupanarów obsługujących żołnierzy. Informacja była o tyle racjonalna, że w Gotenhafen działały dwa Domy Żołnierza, w których "odpoczywali" Niemcy na przepustkach. Działały od 1940 r., gdy okupanci zorganizowali sieć domów publicznych zwanych Deutsche Soldatenhaus. Do prostytucji były zmuszane m.in. kobiety zatrzymywane podczas łapanek lub wysyłane na roboty przymusowe.

- To jakaś bzdura - dziwi się komandor Szulczewski. - "Stuttgart" był statkiem szpitalnym. W Rosji trwają krwawe walki, półtora miesiąca przed nalotem Niemcy ponieśli klęskę pod Kurskiem, gdzie rannych zostało tysiące żołnierzy. Bez żadnych wątpliwości statek miał zaokrętowanych rannych z Frontu Wschodniego i personel medyczny.

- Skąd ta historia z prostytutkami?

- Może dlatego, że na statku było dużo pielęgniarek i ktoś słyszał, jak wołały o pomoc. Trzeba sobie wyobrazić, co się tam wtedy działo. Jak oglądaliście film "Pearl Harbor", to będzie wam łatwiej. Płonie pokład. Po chwili wszystkie szyby komunikacyjne są już odcięte. Ciężko ranni, a takich transportowano statkami szpitalnymi, mają znikome szanse na ucieczkę z płomieni. Leżą, czołgają się, jęczą i krzyczą. Do okien rzucają się ci, którzy mogą chodzić lub najsilniejsi. Jednak bulaje są za małe. Mężczyźni szukają wyjścia, próbują coś robić. Pielęgniarki krzyczą o pomoc. Przypuszczalnie cały czas liczyli, że ktoś ich zacznie ratować, w sąsiedztwie stały przecież okręty, po nabrzeżu chodzili ludzie. Na statku musiały dziać się okropności. Musimy pamiętać, że w takiej sytuacji odruch ratowania życia jest najsilniejszy. Odruch ratowania własnego życia - podkreśla komandor.

Tę wersję wydarzeń potwierdza Małkowski: - Rozmawiałem po wojnie z dwiema osobami, które były wtedy w porcie. Niezależnie od siebie potwierdziły, że widziały mnóstwo kobiet wołających o pomoc przez otwarte bulaje.

Poza plotkami na temat przyczyny samozatopienia statku przez Niemców, dostępny jest list wysłany na dzień przed sylwestrem 1943 r. do ministerstwa spraw zagranicznych w Berlinie. Dotyczy ataku amerykańskiego lotnictwa na „Stuttgart”. Nadawcą jest Naczelne Dowództwo Marynarki Wojennej. W piśmie czytamy: „Dane rządu amerykańskiego wskazują, że w sąsiedztwie «Stuttgartu » znajdowały się także inne jednostki pływające. I pożałowania godne trafienie było efektem ataku na tamte okręty wojenne. Temu nie możemy zaprzeczyć. Do tego dochodzi to, że «Stuttgart » był w kamuflażu od strony morza. Więc Amerykanie przy dalszej wymianie not dyplomatycznych mogliby podnieść argument, że ich lotnicy nie mogli rozpoznać «Stuttgartu ». Przy tym stanie faktycznym i prawnym celowe wydaje się odstąpienie od dalszej wymiany not. Tym bardziej że efekt propagandowy już osiągnięto i rzecz stała się głośna w prasie międzynarodowej. Gdyby jednak uznano, że reakcja niemiecka jest potrzebna, to można by podać do opinii publicznej, że Amerykanie ubolewają z powodu trafienia «Stuttgartu », ale to nie zmienia faktu, że ich lotnicy atakowali chaotycznie Gotenhafen, nie zważając na ryzyko trafienia statku szpitalnego”.

- Dlaczego o "Stuttgarcie" wiadomo tak niewiele? -pytamy dr. Szulczewskiego. - Głośno było o tragedii "Wilhelma Gustloffa", "Cap Arcony" czy "Goyi". Wiadomo, ilu tam zginęło ludzi. Pamięć o nich istnieje w zbiorowej świadomości, a o "Stuttgarcie" cisza.

- Nie jest niczym zaskakującym, że nie podano do opinii publicznej informacji o samozatopieniu jednostki z rannymi na pokładzie. Czym tu się chwalić. Sprawa "Gusttlofa" jest powszechnie znana, bo to była największa katastrofa morska w dziejach ludzkości, zginęło tam 10 tys. ludzi, a wrak statku został uznany oficjalnie za mogiłę wojenną. W dużym uproszczeniu tragedię "Stuttgartu" można nazwać wypadkiem przy pracy. Życie straciło w płomieniach maksymalnie 1000 osób. Wiadomo, każda śmierć jest tragedią, ale ci ludzie brali udział w wojnie, więc musieli liczyć się z tym, że mogą zginąć każdego dnia.

Informacje "świadków wydarzenia" nie znalazły potwierdzenia
Po zdobyciu Gdyni, Rosjanie ogołocili bazę i miasto praktycznie ze wszystkiego, co dało się zdemontować i wywieźć. - Pamiętam, jak tuż po wejściu Ruskie załadowali do pływającego doku krowy, konie i świnie spędzone do Gdyni z Żuław i Kaszub - wspomina, śmiejąc się Kohnke. - Tę arkę Noego ciągnęli po Zatoce do Królewca. W końcu wpadli na mieliznę, a ryki zwierząt niosły się po wodzie przez wiele godzin.

Emeryt ciężko wzdycha: - Ruscy zabierali dosłownie wszystko, ale z czasem wycwaniliśmy się. Gdy straciłem trzy rowery, z kolejnego ściągnąłem opony. Ten miałem długo, jazda na felgach im nie pasowała.

Kilka miesięcy po zakończeniu wojny nierówna walka przeniosła się z ulic do ministerialnych gabinetów. Po burzliwych dyskusjach w Moskwie polska delegacja dowiedziała się, że jedna trzecia wraków zalegających w porcie nie trafi do ZSRR. Rosjanom przypadły pancernik "Schleswig-Holstein" i krążownik "Gneisenau". "Stuttgart" trafił się Polakom. Przez dziesięć powojennych lat spalony, porozrywany pociskami wrak był już tylko przeszkodą nawigacyjną utrudniającą ruch na torze wodnym. Brak specjalistycznego sprzętu -Rosjanie nie chcieli go wypożyczyć - uniemożliwiał wydobycie wypalonego kadłuba w całości.

Gdy Polskie Ratownictwo Okrętowe dostało w końcu zgodę ministra żeglugi na wysadzenie ładunkami wybuchowymi zniszczonego w 65proc. statku, pojawiły się nowe "komplikacje", w wyniku których wstrzymano roboty.

- Pojawili się świadkowie, którzy twierdzili, że okręt został zatopiony wraz z transportem rannych - mówi prof. Jan Sawicki, historyk z Akademii Morskiej, autor publikacji "Ratownictwo Morskie w Polsce". - Informacja trafiła do dyrektora Polskiego Ratownictwa Okrętowego Aleksandra Młodnickiego, który zwrócił się w czerwcu 1956 r. do Ministerstwa Żeglugi o wskazówki postępowania w razie natrafienia na szczątki ludzkie. W tym samym czasie Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Gdyni powołało specjalną komisję, która miała zająć się "upamiętnieniem bestialstwa hitlerowskiego dokonanego na współrodakach".

W PRO postanowiono, że przed rozpoczęciem właściwych prac nurkowie dokładnie zbadają wrak. Prace wstrzymywano jednak, żeby dać czas Ministerstwu Spraw Zagranicznych na porozumienie się z władzami NRD i przedstawicielami Niemieckiego Czerwonego Krzyża, którzy zamierzali przyjechać do Polski.

Nikt jednak w Gdyni się nie pojawił. W końcu sześciu polskich nurków, pracujących w PRO dwukrotnie zeszło pod wodę w sierpniu 1956r. Sporządzili protokół stwierdzający brak ludzkich szczątków we wraku.

Władze uznały, że tym samym informacje świadków wydarzeń nie znalazły potwierdzenia. - Tam, gdzie mogli wpłynąć nurkowie, żadne ludzkie szczątki nie mogły się zachować - dziwi się komandor. - To jest strefa przybrzeżna. Morze wypłukało i rozpuściło wszystko, a nie sądzę, że nurkom w tak zniszczonym wraku, w ciągu dwóch zejść udało się dotrzeć do zamkniętych pomieszczeń, tam, gdzie coś mogło się zachować.

Jeszcze tego samego roku PRO przystąpiło do zakładania ładunków wybuchowych. "Stuttgart" wyciągano kawałek po kawałku. Zaplanowano, że z niemieckiego szpitala do polskich hut trafi 8 tys. ton złomu. W 1962 r. prace przerwano.

Nie zachowało się nic ciekawego
W 1997 r. Instytut Morski w Gdańsku postanowił zbadać wrak statku, który leżał na 54°33'33,25'' N długości i 18°37'00,57'' E szerokości geograficznej. Z pływającego szpitala Kriegsmarine pozostało niewiele. Iwona Pomian, kustosz Centralnego Muzeum Morskiego, nurkowała we wraku podczas badań 10 lat temu: -To w ogóle nie wygląda, trochę blach leżących w dnie i dwumetrowy metalowy szpikulec, czyli resztka stewy dziobowej. Dramatem jest mazut, który okleja wrak. Kto myśli, że znajdzie tu cokolwiek, co mogłoby świadczyć o historii jednostki, jest w dużym błędzie. W mulistym dnie nie zachowało się tak naprawdę nic ciekawego.

- "Stuttgart" to tak naprawdę dziś jedynie smutna historia -mówi Jerzy Janczukowicz, który był na wszystkich bałtyckich wrakach, nurkuje od pół wieku. - Z wraku zostały kawałki blach. Poza paliwem, które wyciekało przez lata z pozostawionych zbiorników, nie znajdziemy żadnych innych ruchomości. A kości niemieckich żołnierzy? Większość zamieniła się w proch podczas pożaru. Te zaś, co pozostały, wymyły bałtyckie sztormy.


Źródło: Nikt nie chce pamiętać o "Stuttgarcie"
_________________

 
pumeks 


Dołączył: 22 Paź 2003
Posty: 7291
Wysłany: Sro Gru 14, 2011 10:59 am   

Do poprzedniego postu: oczywiście Stuttgart był parowcem, więc autorzy z "GW" machnęli się pisząc "m/s Stuttgart".
Co ciekawe, w niemieckiej Wikipedii (w artykule o siostrzanym statku "Steuben") podaje się, że pożar "Stuttgarta" pochłonął 48 ofiar; w polskiej Wikipedii mowa w tym miejscu o setkach, a może ponad tysiącu :roll:
_________________

 
totenkopf1956 
Jurek


Dołączył: 01 Mar 2010
Posty: 766
Ostrzeżeń:
 2/4/6
Wysłany: Sro Gru 14, 2011 6:40 pm   

Fotka cyknięta podczas bombardowania z pokładu amerykańskiego bombowca.

P1110765m.JPG
Plik ściągnięto 16073 raz(y) 99,98 KB

_________________
Jurek
 
Colonel 

Dołączył: 25 Lip 2011
Posty: 183
Wysłany: Czw Gru 15, 2011 10:29 am   

pumeks napisał/a:
Co ciekawe, w niemieckiej Wikipedii (w artykule o siostrzanym statku "Steuben") podaje się, że pożar "Stuttgarta" pochłonął 48 ofiar; w polskiej Wikipedii mowa w tym miejscu o setkach, a może ponad tysiącu

Napisałem wczoraj ale poszlo mi w kosmos:
Na "Stittgarcie" mogło być około 900 osób: pacjentów, personelu medycznego i załogi. Mogło być też mniej, jeśli w danym momencie nie było pełnej liczby pacjentów.
Jeśli statek stał w porcie, to zanim pożar się rozprzestrzenił, znaczna część ludzi mogła z iego uciekać. Z całą pewnościa mogło też być tak, że dziesiątki osób (pacjentów?) nie byly w stanie uciekać i zostały ze statkiem wyholowane z portu. Generalnie polska Wiki nie jest tu wiarygodna.
_________________
Polemika z durniem albo chamem jest bezcelowa, najpierw ściągnie cię na swój poziom, a potem pokona doświadczeniem.
Colonel

www.armator-i-skipper.pl
 
totenkopf1956 
Jurek


Dołączył: 01 Mar 2010
Posty: 766
Ostrzeżeń:
 2/4/6
Wysłany: Sro Lut 29, 2012 7:31 pm   

Jeszcze jedno zdjęcie Sztudgartu oraz dziób Prinz Eugena po kolizji z Leipzigiem wykonane w Gotenhafen oraz fotki z samej kolizji .

lazarett_schiff_stuttgart.jpg
Plik ściągnięto 15709 raz(y) 54,95 KB

accide10x.JPG
Plik ściągnięto 15709 raz(y) 42,75 KB

accide11z.JPG
Plik ściągnięto 15709 raz(y) 38,25 KB

photo066x.JPG
Plik ściągnięto 15709 raz(y) 54,05 KB

prinz_10c.JPG
Plik ściągnięto 15709 raz(y) 109,4 KB

_________________
Jurek
 
slowik45 


Dołączył: 07 Cze 2009
Posty: 518
Wysłany: Czw Mar 01, 2012 5:06 pm   

Na N.A.C. znalazłem to zdjęcie jako Gdynia niezidentyfikowane okręty , ja twierdzę że na pierwszym planie jest Komendant Piłsudski i po prawej trałowce typu FM .

ORP Komendant Piłsudski i trałowce typu FM.jpg
Plik ściągnięto 15651 raz(y) 46,61 KB

_________________
Wszystkie sztandary tak mocno już zostały splamione krwią i gównem, że najwyższy czas byłoby nie mieć żadnego. WOLNOŚĆ.
 
totenkopf1956 
Jurek


Dołączył: 01 Mar 2010
Posty: 766
Ostrzeżeń:
 2/4/6
Wysłany: Czw Mar 01, 2012 11:31 pm   

Tak jest wszystko się zgadza a co do trałowców to spotkałem nazwę „ minowce”.

kmdt_pilsudski_01.png
Plik ściągnięto 15607 raz(y) 11,87 KB

gen_haller_01.png
Plik ściągnięto 15607 raz(y) 10,48 KB

_________________
Jurek
 
Colonel 

Dołączył: 25 Lip 2011
Posty: 183
Wysłany: Pią Mar 02, 2012 8:04 am   

Można odróżnić te minowce, ale przy moim wzroku i tej rozdzielczości nie daje rady. One były oznaczane paskami na kominie:
Najpierw (do 1925?) w górnej części komina:
Rybitwa - 4 paski
Jaskolka - 3 paski
Mewa - 2 paski
Czajka - 1 pasek
Potem:
jeden w połowie komina – Czajka
dwa wysoko – Rybitwa
dwa w połowie komina – Mewa
jeden wysoko – Jaskółka, przy czym dwa ostanie spotkałem też gdzieś jako oznaczone odwrotnie.
_________________
Polemika z durniem albo chamem jest bezcelowa, najpierw ściągnie cię na swój poziom, a potem pokona doświadczeniem.
Colonel

www.armator-i-skipper.pl
 
slowik45 


Dołączył: 07 Cze 2009
Posty: 518
Wysłany: Pią Mar 02, 2012 3:58 pm   

totenkopf1956 napisał/a:
trałowców to spotkałem nazwę „ minowce”.
w pełni się zgadzam :zgooda: , takie nazewnictwo obowiązywało przed wojną .
_________________
Wszystkie sztandary tak mocno już zostały splamione krwią i gównem, że najwyższy czas byłoby nie mieć żadnego. WOLNOŚĆ.
 
totenkopf1956 
Jurek


Dołączył: 01 Mar 2010
Posty: 766
Ostrzeżeń:
 2/4/6
Wysłany: Pią Mar 02, 2012 6:25 pm   

Oto opisywane paski na kominach .

Marszalek002w.JPG
Plik ściągnięto 15542 raz(y) 111,21 KB

_________________
Jurek
 
tobocian 


Dołączył: 19 Sty 2007
Posty: 683
Wysłany: Pią Mar 02, 2012 9:58 pm   

Kurde zajefajna fota :)
_________________

 
 
totenkopf1956 
Jurek


Dołączył: 01 Mar 2010
Posty: 766
Ostrzeżeń:
 2/4/6
Wysłany: Nie Mar 04, 2012 5:00 pm   

Fotka opisana jako Gdynia .

900-0057%20Die%20letzten%20Truppen%20verlassen%20Gotenhafen%20und%20werden%20auf%20Schiffe%20verladen_.jpg
Plik ściągnięto 15457 raz(y) 44,86 KB

_________________
Jurek
 
totenkopf1956 
Jurek


Dołączył: 01 Mar 2010
Posty: 766
Ostrzeżeń:
 2/4/6
Wysłany: Wto Mar 06, 2012 8:33 pm   

Msza Święta przed promocją .

PIC_1-W-919-1.jpg
Plik ściągnięto 15378 raz(y) 98,4 KB

_________________
Jurek
 
Colonel 

Dołączył: 25 Lip 2011
Posty: 183
Wysłany: Sro Mar 07, 2012 8:01 am   

A jakbyś tak uzupełnił, że jest to na pokładzie rufowym krążownika "Bałtyk" w sierpniu 1934 i tak naprawdę to podczas promocji Szkoły Podchorążych Marynarki Wojennej.
_________________
Polemika z durniem albo chamem jest bezcelowa, najpierw ściągnie cię na swój poziom, a potem pokona doświadczeniem.
Colonel

www.armator-i-skipper.pl
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Dawny Gdańsk Strona Główna

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template subTrail v 0.4 modified by Nasedo. adv Dawny Gdansk