Dawny Gdańsk Strona Główna Dawny Gdańsk


FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  DownloadDownload

Poprzedni temat :: Następny temat
Przesunięty przez: Mikołaj
Wto Sie 02, 2011 12:07 am
Witam i cieszę się, że trafiłem między swoich.
Autor Wiadomość
EwkaW 


Dołączyła: 04 Wrz 2011
Posty: 581
Wysłany: Wto Lis 29, 2011 11:48 pm   

I jeszcze widok ogólny. Tak to wtedy wyglądało.
Chyba się to działo w pobliżu budynku opery, rok 1950, może 51...

usp_matura_kopia.jpg
Plik ściągnięto 19630 raz(y) 86,39 KB

 
Antek 

Dołączył: 08 Lip 2011
Posty: 43
Wysłany: Czw Gru 01, 2011 1:34 am   

Witam
i bardzo dziękuję za wielce interesujące zdjęcia.
Czy także jesteś absolwentką USP?

Na wszystkich zdjęciach widnieją kursanci rocznika wcześniejszego. Na moim kursie (1951/53) nie urządzano żadnych wycieczek, wspólnych fet czy zdjęć. Nie czyniono tego także na zakończenie drugiego roku mojego kursu w Szczecinie (1952/53).
Natomiast na zdjęciu pierwszym (plansza) widnieje dość nieczytelne zdjęcie dobrze mi znanego fizyka, p. Kitowskiego (w niewiele miesięcy później popadł w ciężką chorobę nerwową). Na drugim zdjęciu poznaję Sołdka. Na tymże zdjęciu siedzi (nad datą „23.6”) historyk, p. Kubik.

Raz jeszcze dziękuję za zdjęcia i pozdrawiam Cię
Antek
 
EwkaW 


Dołączyła: 04 Wrz 2011
Posty: 581
Wysłany: Czw Gru 01, 2011 1:44 am   

Nie, nie jestem absolwentką USP, ale działo się to wszystko dosyć blisko mnie, a na szczęście mam dobrą pamięć... no i trochę zdjęć.
Też pozdrawiam :lol:
 
Antek 

Dołączył: 08 Lip 2011
Posty: 43
Wysłany: Pon Gru 12, 2011 12:51 am   Powspominam, pomarudzę

Wędrówka

Grudziądz

Wujostwo T. i K. mieszkali od czasów przedwojennych w niewielkim mieszkaniu dwupiętrowej oficyny przy ul. Nadgórnej. Zmierzając do nich mijałem zrujnowane śródmieście, w miarę ocalałą ulicę Starą i dotarłem na ul. Wybickiego. Mijając kino „Orzeł” zapragnąłem zajrzeć do znanego mi wnętrza, ale drzwi wejściowe były zaparte. Gdy próbowałem je odsunąć, jakiś przechodzień z gniewem kazał mi odejść od wejścia i nie otwierać drzwi. Wnętrze kina stanowiło doraźną trupiarnię, złożone tu były liczne zwłoki niemieckich żołnierzy, którzy w ostatnich dniach oblężenia zginęli właśnie tu, na ul. Wybickiego. Gdy któregoś wieczoru (nocy?) jakiś pododdział zatrzymał się na Wybickiego, nadleciał „kukurużnik” (sowiecki dwupłatowy samolot zwiadowczy) i z niewielkiej wysokości obrzucił Niemców granatami (grudziądzanie twierdzili, że …bombami; ta maszyna nie była przecież w stanie unieść bomb).

Ulica Nadgórna nie doznała większych zniszczeń, podobnie i ulice Kościuszki, Pietruszkowa i Forteczna.
Oboje moich wujostwo szczęśliwie zastałem pod starym adresem. Żyli oni jeszcze - jak zresztą wówczas większość mieszkańców Grudziądza - w piwnicy, w quasi-schronie. Sytuacja dobrze mi znana z Warszawy. Oboje przyjęli mnie z wielką serdecznością i już następnego dnia ciotka zabrała się troskliwie za mój stan higieny, przede wszystkim za dezynsekcję.
Pomorzanie, „zorgowni” jak zawsze, byli do oblężenia stosunkowo dobrze przygotowani; jeszcze przez długie tygodnie chaosu panującego w mieście po wkroczeniu Rosjan, dysfunkcji zaopatrzenia i totalnej dezorganizacji życia miasta, nie cierpieli głodu (głodu w tym znaczeniu, jaki zaznała większość mieszkańców okupowanej Warszawy, w tym i moja rodzina).

Zapasy żywności moich krewnych z ul. Nadgórnej, którzy z taką życzliwością przyjęli swojego warszawskiego krewniaka, były na wyczerpaniu. Zaopatrzenie w podstawowe artykuły żywnościowe praktycznie w mieście jeszcze nie istniało; tylko sporadycznie pojawiał się samochód wojskowy, z którego sowieckie żołnierki rozdawały chleb. Zdobywanie żywności wymagało dużej pomysłowości wszystkich członków rodzinnej społeczności.
Dla mnie pomocne okazały się nabyte w Warszawie doświadczenia w tzw. „organizowaniu” podstawowych rzeczy niezbędnych do życia. Rychło stwierdziłem, że pobliskie poniemieckie koszary (przy ul. Koszarowej?) stanowiły źródło pozyskania wielu cennych artykułów. Z Nadgórnej wiodła do koszar prosta droga, należało tylko pokonać bardzo stromą skarpę (na wprost ul. Fortecznej). Penetrując żołnierskie kwatery łupami moimi stały się suchary, cukier w kostkach, pasta do butów, świeczki (te ostatnie w charakterystycznych kartonowych pudełkach w kształcie pudełka pasty do butów), mydło, proszek do prania, bielizna, a z rzadka nawet cenne puszki konserw z tuszonką i wiele innych artykułów żołnierskich w pełni przydatnych i cywilom. W owym czasie jeszcze nie napotkałem w koszarach „konkurencji”, bowiem „tubylcy” - wciąż jeszcze będący w szoku po właśnie przebytych walkach o miasto, a przy tym panicznie lękający się Rosjan, wówczas jeszcze nie odważyli się wchodzić na teren obiektów wojskowych.

Z nie mniejszą pasją zbierałem w koszarach wybrane wojenne „zabawki”, a co atrakcyjniejsze lokowałem w moich piwnicznych skrytkach, które nierzadko odnajdywane były przez przerażonych znaleziskami moich krewnych.
W mieście chaos panował jeszcze przez wiele miesięcy; brakowało wody bieżącej, energii elektrycznej i gazu. Np. noszenie wody pitnej z odległej o około kilometr i jedynej czynnej w tej części dzielnicy pompy, która znajdowała się bodaj na końcu ul. Fortecznej (Jagiełły?). Wielce pomocne w zaopatrywaniu w wodę były popularne wówczas tzw. szondy, rodzaj drewnianych nosideł naramiennych z dwoma zawieszonymi nań wiadrami i z pływającymi we wiadrach deseczkami (żeby zapobiec wychlupywaniu z wiader wody). Nie muszę dodawać, że noszenie po kilkakroć dziennie dwóch wiader pełnych wody przez rachitycznego nastolatka nie należało do czynności przezeń wymarzonej.
W drodze do pompy mijałem każdorazowo kilka zwłok niemieckich żołnierzy, które jeszcze przez wiele kolejnych dni leżały na jezdni ulic Nadgórnej i Fortecznej (Jagiełły?). Wpadłem wówczas na niezbyt rozsądny pomysł - postanowiłem mianowicie zbierać dokumenty i zdjęcia rodzinne poległych żołnierzy niemieckich. Dokumenty leżały zwykle na zwłokach, albo obok nich (zapewne czyjeś ręce już wcześniej penetrowały kieszenie mundurów). W krótkim czasie zebrałem pokaźny plik dokumentów i zdjęć, ale ktoś z lękliwych domowników mi je ze schowka usunął. Dokładnie sprecyzowany cel tego osobliwego kolekcjonowania mi wprawdzie nie przyświecał, był to - być może – podświadomy zwiastun moich późniejszych zainteresowań historią najnowszą.

Grudziądzanie byli przez Rosjan niemiłosiernie terroryzowani, zwłaszcza przez pierwsze tygodnie po zakończeniu walk; rabunki, gwałty były na porządku dziennym. Ani zawieszane przez mieszkańców na drzwiach swoich mieszkań plansze z poprawnie po rosyjsku napisaną informacją „Żyliszcza Poliaka”, czy maskarada grudziądzanek na „stare baby” nie robiły na krasnoarmiejcach najmniejszego wrażenia. Robili swoje.

Wzorując się na funkcjonującym w okupowanej Warszawie handlu wymiennym, część naszych łupów zamienialiśmy u zaprzyjaźnionej rodziny rolników, u państwa J., we wsi Mniszek koło Grupy, na wielce pożądane produkty wiejskie.
Drobne incydenty: Drogę do Mniszka urozmaicaliśmy sobie z bratem naszymi zapasami materiałów wybuchowych. Kiedyś, przy okazji takiej wyprawy do Mniszka, eksplodowała mi w lewej dłoni spłonka [przez ten nieszczęsny, zbyt krótki pręt prochu z nabojów artyleryjskich, który częstokroć zmuszeni byliśmy stosować wobec kończących się zapasów lontu (o tym później)]. Rodzajem gry zręcznościowej było rzucanie granatów garłacza karabinowego na tory kolejowe; należało je w taki sposób rzucić, aby nadać im ruch wirujący. Granaty te jednakże częstokroć nie eksplodowały - wówczas gdy nie trafiały zapalnikiem (udarowym) na szynę, podkład kolejowy lub twardy grunt.

Kilka wypraw handlowych odbyliśmy z bratem także do wsi Szenich, do dawnych przyjaciół naszych dziadków (nasza mama często spędzała tam w młodości wakacje). Uzyskiwana od tych ludzi żywność była jednak kiepskiej jakości, np. otrzymywaliśmy bardzo starą, cuchnącą baraninę (zapewne z padłych w czasie walk zwierząt), którą mimo matki skomplikowanych kucharskich zabiegów trudno było przełknąć.
Ciekawostka: Udając się do Szenicha mijaliśmy stojące na stoku wysokiego klifu wiślanego, na wysokości obecnego osiedla Strzemięcin, małe, nie zamieszkałe chatki, które w XIX wieku były jakoby częścią istniejącego tam leprosarium lub też kwarantanną dla zadżumionych. Ówczesny stan chatek wskazywał na to, że jeszcze do niedawna były one zamieszkałe (zapewne przez biedotę grudziądzką).

Po przybyciu do Grudziądza mojego brata (po paru tygodniach matka z rodzeństwem również dotarli do Grudziądza), mogliśmy usprawnić organizowanie różnych dóbr, a terenem naszych penetracji stały się nie tylko koszary - bo już i tubylcy je nawiedzali - ale zapuszczaliśmy się w głąb kazamatów pilnie strzeżonego przez Rosjan fortu (stara twierdza z pruskich czasów), który do niedawna, aż do zakończenia walk, stanowił niemiecki bastion obronny i koszary. Dostawaliśmy się na jej teren przez istniejącą między pierwszym a drugim pierścieniem umocnień fortecznych fosę, wykorzystując nieuwagę zwykle pojedynczego sowieckiego „posta” stojącego przy głównej bramie, ale wyjść, zwłaszcza z łupami, musieliśmy i tak bramą, co prowadziło częstokroć do awantur z wartownikami. Fort stanowił przez długi okres czasu nasze źródło obfitych „towarów handlowych”. Stanowiły je głównie: pasta do butów, świeczki (w formie płaskiego pudełka kartonowego Ø ok. 8 cm), bielizna, prześcieradła, koce, a i części mundurów (głównie spodnie, które po przefarbowaniu służyły nie tylko jako robocze). Rzadszą zdobyczą były wojskowe buty, zwłaszcza bardzo poszukiwane t.zw. saperki. Dobra te wymienialiśmy następnie na wsi „barterem” za cenną żywność. Moi znajomi, życzliwi państwo J., rolnicy z Mniszka k/Grupy odległego od Grudziądza o ok. 9 km (trasę tę przebywaliśmy oczywiście pieszo), bardzo starali się nam pomagać w naszej „działalności handlowej”, np. wymieniając nasze wojskowe łupy na wiejskie produkty zarówno z gospodarstwa własnego, jak też swoich sąsiadów. Wydaje mi się, że nie rzadko „kupowali” nasz „towar” bez rzeczywistej potrzeby, z czystej dla nas sympatii. Wszystkie owe nasze wyprawy handlowe odbywaliśmy - wobec nieczynnej kolei - pieszo, idąc do Mniszka „na szagę”, po nieczynnym torowisku kolejowym. Uprzednio przemierzywszy zbudowany przez Rosjan most na Wiśle.

Bardzo pragnęliśmy z bratem dotrzeć do Wisły dla łowienia ryb. Dotarcie do brzegów rzeki ze szczytu wałów (od strony koszar) było w tamtym czasie niełatwe, bowiem zbocza wału zaminowane były minami przeciwpiechotnymi - potykaczami (z zapalnikiem z trzema rozczapierzonmi czułkami ze stalowego drutu), zaś brzeg rzeki innym rodzajem połykaczy (patrz załączone szkice). Szczęśliwie przy każdej tego typu minie na zboczach wału były jeszcze wbite w ziemię wimple ostrzegawcze - małe, zawieszone na stalowym pręcie żółte chorągiewki trójkątne z trupią czaszką i napisem "Mine"), które Niemcy przypuszczalnie nie zdążyli przed opuszczeniem przedpola usunąć. Rozbrojenie tych min było więc stosunkowo łatwe, zwłaszcza że tego rodzaju zapalniki dobrze już poznaliśmy z bratem w podwarszawskim Komorowie, o czym wspomniałem wcześniej; wystarczyło bowiem włożyć w trzpień z czułkami zawleczkę (wiszącą zresztą przy zapalniku na sznureczku), aby uczynić zapalnik nieaktywnym. Po tym prostym zabiegu można było już całkiem bezpiecznie wykręcić zapalnik z miny (wbita w ziemię metalowa puszka wypełniona materiałem wybuchowym i niekształtnymi kawałkami metalu). Zaś później, po wyjęciu z zapalnika standardowej spłonki (ok. 5-centymetrowej długości rurka aluminiowa o średnicy ok. 6 mm), sam zapalnik dla zabawy odpalaliśmy przez lekkie odgięcie jednej z czułek, oczywiście uprzednio wyjąwszy zawleczkę. Znacznie trudniej było uporać się z potykaczami zainstalowanymi w równinnym pasie wiklin przy samym brzegu rzeki i jej łach. Tu Niemcy przymocowali miny do krótkich, przyziemnych kikutów po wyciętej wcześniej wiklinie, a do zawleczek zapalników dowiązane były cienkie, rozpostarte tuż przy ziemi napięte stalowe druty. Cała instalacja była świeżo położona, a ponieważ zieleń jeszcze nie porosła (było przedwiośnie), stąd zarówno druty, jak i same miny były dobrze widoczne. Także i te zapalniki były nam obu znane. Tu wystarczyło w zawleczkę trzpienia włożyć kontr-zawleczkę, odciąć druty i całkowicie bezpiecznie wykręcić zapalnik. Na koniec także i ten zapalnik po wyjęciu zeń spłonki odpalaliśmy dla zabawy. W ten sposób rozminowaliśmy ok. trzymetrowej szerokości pas, począwszy od wierzchołka wału aż po sam brzeg rzeki, a raczej do dwóch dużych łach wiślanych.
Dotarłszy do łach doszliśmy do wniosku, że szanse skutecznego łowienia wędką są niewielkie – zwłaszcza że sprzętem wędkarskim nie dysponowaliśmy. Postanowiliśmy więc je głuszyć granatami. Dogodne miejsce znaleźliśmy przy większej z łach, z dala od leżących przy brzegu mniejszej z nich kilku szpetnie pokiereszowanych zwłok niemieckich żołnierzy. Zmontowaliśmy z leżącego tam rumowiska belek i desek prowizoryczną tratwę, poczym ja obrzucałem łachę granatami, a brat wyławiał z wody do wiadra ogłuszone ryby. Dużo ryb. Po kilku dniach w obu „naszych” łachach ryby już nie wypływały i to był kres naszego kłusownictwa. Na odleglejsze łachy i na samą Wisłę lękaliśmy się wypływać, wymagało to zresztą dalszego rozbrajania min, czego się mimo wszystko lękaliśmy. Bez koniecznej potrzeby nie narażaliśmy się, byliśmy przecież mimo wszystko świadomi zagrożeń.
Pozdrawiam
Antek

Mina_RATION-CAN.jpg
Plik ściągnięto 19488 raz(y) 48,04 KB

springmine.jpg
Plik ściągnięto 19488 raz(y) 95,39 KB

 
Antek 

Dołączył: 08 Lip 2011
Posty: 43
Wysłany: Wto Gru 13, 2011 1:53 am   Errata

Muszę wyjaśnić pewne szczegóły dot. ilustracji w moim wpisie z dnia wczorajszego:
Szkic Schuetzenmine SMi-35 pobrałem – oczywiście – z sieci, jednakże model potykacza widniejący na szkicu nie odpowiada minom rozbrajanym na wałach. „Nasze” miny
- nie były typu Springmine, tzn. nie należały do wyskakujących ponad grunt,
- miały tylko jeden zapalnik, ten na szkicu środkowy (43brb).
 
Antek 

Dołączył: 08 Lip 2011
Posty: 43
Wysłany: Sob Gru 24, 2011 4:13 pm   Powspominam, pomarudzę

Wędrówka
Etap - Grudziądz


Dla zilustrowania zagrożeń czyhających wówczas na laika, zwłaszcza młodocianego, wspomnę o kilku zachowanych w pamięci najbardziej dramatycznych zdarzeniach tamtych dni.
Koszary były w miarę upływu czasu nawiedzane przez coraz liczniejszych poszukiwaczy rzeczy użytkowych, ale i przez zwykłych ciekawskich. We wcześniejszym okresie kilkakrotnie pojawiały się grupy niemieckich jeńców dozorowanych przez Rosjan, ładujących na samochód leżącą w bezładzie niemiecką broń.
Jedno z pamiętnych tragicznych zdarzeń na terenie koszar: Pewnego dnia teren koszar penetrowali dwaj Rosjanie – oficer i szeregowiec w towarzystwie niemieckiego jeńca, który - jak sądzę - demonstrował czerwonoarmistom różnego rodzaju niemiecki sprzęt bojowy. Na koszarowym placu apelowym przed każdym budynkiem stały obszerne drewniane szafki na wysokich nogach z materiałami bojowymi. Stanowiły zapewne dla jednostki mieszczącej się w określonym budynku rodzaj podręcznego magazynu amunicji strzeleckiej, pocisków garłaczy, granatów itp. Niemiec wydobywał z owych szaf co ciekawsze rzeczy zapoznając z nimi Rosjan. Demonstrował im m. in. egzemplarze niemieckich bezodrzutowych granatników typu Panzerfaust i Panzerschreck. Niemiec czynił to oczywiście tylko „na sucho“, nie odpalając żadnego z granatników. Oficer sowiecki naśladując Niemca zaczął w pewnej chwili manipulować przy Panzerfaust opierając przy tym głowicę granatnika o bruk. Czynił to nie bacząc na ostrzegawcze gesty Niemca. W pewnym momencie granatnik wypalił. Owych troje osób penetrujących koszary widziałem wcześniej osobiście, usłyszałem również głośny huk eksplodującej głowicy granatnika, natomiast przebieg wypadku opisali mi moi koledzy, obserwujący z pewnej odległości to zdarzenie. Koszary zapełniły się później sowieckim wojskiem i przez szereg godzin były niedostępne. Odniosłem wtedy wrażenie, że pośród nich był i ów jeniec, który bodaj cudem uniknął śmierci. Szczątki nieszczęsnego Rosjanina przez wiele godzin zbierała grupa sowieckich żołnierzy. Czynili to także i dnia następnego. Obaj z bratem napotykaliśmy szczątki tego nieszczęśnika jeszcze przez wiele dni (m. in. jego stopę).

Korona wałów wiślanych na wysokości koszar była względnie szeroka. Służyła m. in. okolicznej dzieciarni jako plac zabaw i za boisko do gry w piłkę. Nie było to miejsce najbezpieczniejsze, bowiem w pobliżu znajdowały się jakieś byłe wojskowe warsztaty naprawy podzespołów samolotów bojowych (obiekt przylegał do koszar od strony Wisły). Leżała tam - obok aluminiowych elementów samolotów - duża ilość materiałów wybuchowych, przeważnie min talerzowych i konfekcjonowanego w drewnianych skrzynkach dynamitu. Jedne i drugie nieuzbrojone, tzn. bez zapalników.
W pobliżu warsztatów spadła pewnemu chłopcu w czasie zabawy w dół zbocza wału piłka, zatrzymując się na drodze wiodącej kilka metrów poniżej wierzchołka wału. Schodząc w dół wału po swoją piłkę, chłopiec natknął się na minę, na potykacza, który ciężko go zranił. Leżąc na owej niżej położonej drodze chłopak rozpaczliwie wzywał pomocy. Niebawem zbiegli się okoliczni mieszkańcy, jednakże nikt się nie odważył zejść do dziecka po zaminowanym wale. Po pewnym czasie pojawili się milicjanci (byli to wówczas przypadkowi, trwożliwi młodzi ludzie). Ale i oni nie mieli odwagi zejść do rannego. Ponoć czekali na przybycie saperów. Zaoferowana przeze mnie i brata pomoc w rozminowaniu dojścia do chłopaka spotkała się z szyderstwami i odpędzeniem nas przez owych żałosnych „stróżów prawa”. Po kilku dniach wyniesiono już tylko zwłoki chłopca.

Jednym z materiałów wojennych, który najszybciej stał się deficytowy, był lont (okrągły, przypominający przewód koncentryczny o średnicy ok. 6 mm). Środkiem zastępczym stał się proch strzelniczy pozyskiwany z nabojów armatnich; amunicja tego rodzaju zalegała koszary, a także wiele innych miejsc w mieście. Dla uwolnienia prochu wystarczyło kilkoma zręcznymi ruchami wyjąć pocisk z łuski (zapalnik pocisku był z reguły zabezpieczony) i wysypać zeń naręcze prochu w postaci brunatnych prętów o długości kilkudziesięciu centymetrów i średnicy ok. 5-6 milimetrów, a więc pasujące dokładnie do średnicy otworu typowej spłonki.
Elementem ryzyka związanym z użyciem tego rodzaju prochu jako namiastki lontu był osiowy otwór o średnicy ok. 1,5 mm biegnący wzdłuż pręta prochu. Gdy pręt został podpalony np. zapałką, wówczas płomień płonącego pręta pełznął względnie powoli ku spłonce, powodując jej eksplozję z opóźnieniem stosownym do długości pręta prochu. Natomiast w przypadku podpalenia pręta niemieckim zapalnikiem do lontu, istniało zagrożenie, że część snopa iskier wytryskujących z zapalnika zapalała nie tylko proch, ale mogła równocześnie dotrzeć przez ów otwór w pręcie wprost do spłonki i spowodować jej natychmiastową eksplozję, bez pożądanego opóźnienia. Dramat jawił się wówczas, gdy spłonka umieszczona została w materiale wybuchowym.
(Niemiecki zapalnik do lontu wyglądem przypominał zapalnik do granatu jajowego, natomiast w miejsce ścieżki opóźniającej miał otwór dla wprowadzenia końca lontu). http://www.lexpev.nl/images/zuender43cols1.jpg
http://www.lexpev.nl/imag...drawing_200.jpg

Jeden z naszych rówieśników usiłował zdetonować niemiecki granat jajowy z pomocą pręta prochu i właśnie owego zapalnika do lontu. Użył przy tym stosunkowo krótki odcinek pręta prochu - wetkniętego oczywiście do spłonki - i granat wybuchł mu w dłoniach. Chłopakowi zabrakło wyobraźni i doświadczenia.
Bywając w latach 60. w Grudziądzu z wizytą u moich krewnych, widywałem owego mojego dawnego rówieśnika, już jako dorosłego mężczyznę. Kiedyś przypatrywałem się, jak z dużą zręcznością przypalał sobie papierosa rękami bez obu dłoni.

Inny z moich ówczesnych kolegów - pamiętam, że mieszkał w oficynie przy ul. Nadgórnej 49 - doznał dotkliwych oparzeń twarzy. Stało się to skutkiem błędu, jaki popełnił przy odpalaniu zwykłej rakiety sygnalizacyjnej.
Ponieważ rakietnic trudno było uświadczyć - były bowiem bardzo pożądanym przez krasnoarmiejców łupem. Rakiet zaś było bardzo dużo, stąd szybko rozpowszechniła się swoista technika ich odpalania bez pomocy rakietnicy. Był to rozpowszechniony przez nas sposób, który poznaliśmy z bratem jeszcze w Pruszkowie: U podstawy łuski (na ogół aluminiowej), kila milimetrów powyżej kołnierza, należało wykonać otwór o średnicy ok. 3-4 mm (otwór większy prowadził do „jałowego” wypalenia się prochu napędowego rakiety przez zbyt duży otwór, nie powodując wyrzucenie świetlnego ładunku z łuski). Dziurkę tę wykonywaliśmy najczęściej pociskiem („czubkiem”) naboju karabinowego, a uzyskany z rozbrojenia naboju proch strzelniczy (kwadratowe płatki o wymiarach ok. 1,5x1,5mm) posłużył jako quasi-lont. Usypana ścieżka prochu - zwykle o długości ok. 5 – 10 cm - poprowadzona - na twardym podłożu - do otworu w łusce rakiety, z którego dla dobrego „kontaktu” usypywało się zwykle trochę prochu czarnego. Czas dotarcia płomienia owego „lontu” do łuski - i do odpalenia rakiety - wynosił kilka sekund.
Ów nasz nieszczęsny kolega w miejsce prochu strzelniczego użył na usypanie quasi-lontu prochu czarnego z niemieckiej petardy (w kształcie sześcianu 10x10 cm), którego groźna właściwość polegała na tym, że płonął błyskawicznie i dużym płomieniem. Właśnie tenże poparzył nieboraka.
http://htmlimg4.scribdass...-49f817ff88.jpg
http://www.egun.de/market...b9a92771f8b.jpg

Volkslisty
Uczucie ciepła, serdeczności, troskliwości towarzyszą zawsze moim wspomnieniom związanym z przedwojennymi wizytami mojej mieszkającej w Warszawie rodziny u naszych krewnych po kądzieli w Grudziądzu. Dziadek, znany grudziądzki rzemieślnik, wpajał swojej rodzinie, a i nam wnukom, patriotyczne pryncypia.
Ojciec mój, zawodowy żołnierz 21 Pułku Piechoty („Dzieci Warszawy”) poznał swoją przyszłą żonę w czasie jednego z szeregu kursów, jakie odbywał w grudziądzkich specjalistycznych szkołach wojskowości.
Rzeczywistość wojenna i powojenna budziła natomiast we mnie diametralnie inne uczucia - wstyd, upokorzenie, smutek. Okazało się, że patriotyczne nauki zmarłego w pierwszych miesiącach okupacji naszego dziadka poszły u naszych grudziądzkich krewnych w zapomnienie; niemal wszystkie spokrewnione z nami grudziądzkie rodziny znalazły się na różnej rangi folkslistach jako lojalni (przynajmniej formalnie) obywatele des Grossdeutschen Reiches. Większość jako Eingedeutschte – na Deutsche Volksliste (DVL) der III Gruppe, dwoje na szczeblu zniemczenia wyższym, bo jako Volksdeutsche - na DVL der II Gruppe.
Określenie „folksdojcz” było dla warszawiaków, jak zresztą dla całego polskiego społeczeństwa w Generalnym Gubernatorstwie, bodaj najbardziej obraźliwą inwektywą. Niejeden folksdojcz w GG, który zbyt gorliwie wysługiwał się niemieckiemu okupantowi, był przez podziemną jurysdykcję srodze karany, nie rzadko karą śmierci, że wspomnę choćby głośną sprawę egzekucji na popularnym polskim aktorze Igo Symie.
W Grudziądzu natomiast, mieście położonym na obszarze inkorporowanym do III Rzeszy (Gau Danzig-Westpreussen), w którym – jak mniemam – większość jego mieszkańców znalazła się na folkslistach różnych kategorii. Znaczna część polskich mieszkańców uznała, że fakt złożenia podpisu pod folkslistą – choć będące w istocie faktycznym wyrażeniem zgody na zniemczenie całej swojej rodziny - było usprawiedliwiane, było wg większości Grudziądzan normalnym przejawem przystosowania się do zaistniałej skutkiem wojny sytuacji i sposobem na uniknięcie ewentualnych szykan ze strony nowej władzy (o ile w GG synonimem grozy było pojęcie „Auschwitz”, w Grudziądzu było nim „Potulice”. Nie można wykluczyć, że propaganda niemiecka celowo szerzyła ów paniczny lęk przed obozem pracy w Potulicach (filia KL Stutthof) dla zwiększenia presji na przyśpieszenie procesu zniemczania Polaków.
Na obszarach Polski wcielonych do Rzeszy Niemcy dokonywali masowego zniemczania ludności polskiej i w zależności od „Gau” robili to z lepszym lub gorszym powodzeniem; W Wielkopolsce (Warthegau) z najmniejszym skutkiem, z największym bodaj na Śląsku (Gau Schlesien), ale z niemałym właśnie na Pomorzu i Kujawach.

Rozporządzenie Himmlera oraz tajne postanowienia wykonawcze ministra Fricka z dn. 13.III.41 ustalały kilka stopni przynależności państwowej, wprowadzając zasadę podziału ludności na cztery grupy. Do I. grupy DVL (Reichsdeutsche) zaliczano Niemców z pochodzenia, którzy do wybuchu wojny aktywnie pracowali na rzecz Rzeszy i otwarcie przyznawali się do niemieckości. Byli to tzw. aktywni Niemcy. Do II. grupy DVL (Volksdeutsche) desygnowano Niemców z pochodzenia, którzy zachowując niemieckość kultywowali swe tradycje tylko w domu i środowisku zamieszkania. Byli to tzw. bierni Niemcy.
Osoby zaliczone do grup I. i II. korzystały z najwyższego stopnia obywatelstwa
niemieckiego, posiadały dowody osobiste (Ausweis der Deutschen Volksliste)
barwy niebieskiej. Nazwiska o brzmieniu polskim osób w grupach I. i II. zniemczano, najczęściej z woli samych nowo-kreowanych obywateli Rzeszy (np. Król na Kroll, Kowalski na Schmidt, Majewski na Meyer itp.).
Do III. grupy DVL (Eingedeutschte) zaliczano osoby pochodzenia niemieckiego spolonizowane, spokrewnione z Niemcami, będące kiedyś wyznania protestanckiego lub nie będące Niemcami, ale "ciążące ku niemieckości", a nawet takie, które miały nazwisko brzmiące z niemiecka. Często posługiwano się argumentem, że ci wszyscy, którzy zamieszkiwali obszary Polski należące w czasie zaboru do Prus, są w istocie spolonizowanymi Niemcami (tak Niemcy traktowali m.in. Ślązaków, Kaszubów i Mazurów). Wg gauleitera Forstera (Gau Danzig-Westpreussen), szczególnie dbającego o pozyskiwanie świeżego „Kanonenfutter”, były to w ogóle wszystkie osoby znające niemiecki lub posiadające nazwisko czy imię niemieckie. W ocenie hitlerowców gwarantowały one szybką „regermanizację". Osoby takie posiadały dowody osobiste (Ausweis) barwy zielonej. Osoby wpisane na listę grupy III. DVL nie mogły być przyjmowane w szeregi NSDAP, a jedynie do przybudówek tej organizacji, takich jak HJ/BDM, SA i NSKK. Nazwiska o brzmieniu polskim osób grupy III. DVL miały ulec zniemczeniu w okresie przewidzianym do uzyskania przez nie obywatelstwa pełnoprawnego.
Osoby, które stanowczo odmawiały podpisania listy narodowej (DVL) były częstokroć, choć nie z reguły, wysiedlane wraz z całymi rodzinami do GG, a rzadziej osadzane w obozach dla przesiedleńców bądź w obozach pracy, takich jak np. w Potulicach (będący filią KL Stutthof); mężczyźni byli częstokroć wcielani do organizacji Todt’a i niejednokrotnie kierowani do wykonywania ciężkich robót inżynieryjno-budowlanych na rzecz wojska, nie rzadko w bliskości działań wojennych.
Jednakże na wszystkich wpisanych na DVL, zarówno na Niemcach, jak i na
Polakach, ciążył ten sam obowiązek - służba w niemieckim wojsku.
W efekcie realizacji przez gauleiterów osławionego rozporządzenia Himmlera z
dnia 4.III.41 r. takich nowo-kreowanych obywateli niemieckich polskiego pochodzenia (Volksdeutsche i Eingedeutschte), było na obszarach inkorporowanych do Rzeszy łącznie ok. 3.5 miliona.
Spośród zniemczonych Polaków do wojska wcielono praktycznie całą męską
populację w wieku poborowym (Wehrpflichtige). W formacjach militarnych Niemiec hitlerowskich służyło - wg historyków niemieckich - ok. 250 tys. Polaków [ci z list grup II. i III oraz grupy IV (Schutzangehörige des Deutschen Reiches)]. Polaków, którzy nie posiadali statusu określonego przez którąś z tych grup, do niemieckiego wojska nie wcielano. Dotyczy to zarówno Kaszubów, Ślązaków, jak i mieszkańców Pomorza Gdańskiego.
Osoby narodowości polskiej będące na liście DVL powoływano prawie wyłącznie do wojsk lądowych, rzadko do marynarki wojennej, a jeszcze rzadziej do lotnictwa.
Żołnierze niemieccy określali owych swoich polskich współtowarzyszy pogardliwie "Beutekameraden" (zdobyczni towarzysze broni).

Część spośród „polskich wermachtowców”, tych walczących na froncie zachodnim, zdezerterowała przyłączając się do II Korpusu Polskiego. Osobiście znałem kilku takich „andersowców”, głównie Kaszubów. Z dwoma studiowałem. Wszyscy oni unikali szczegółowych relacji o przebiegu służby w wermachcie, ale też zgodnie twierdzili, że „musieli” uczestniczyć we wszystkich akcjach bojowych swoich niemieckich jednostek, a rzekome strzelanie przez „polskich wermachtowców” w pustkę zgodnie uznali za mit.
Jawi się retoryczne pytanie: jak zachowywali się Polacy służący w niemieckim wojsku, gdy ich jednostka dopuszczała się zbrodni wojennych? Któż uwierzy, że wszyscy oni odmawiali uczestnictwa w zbrodniach Wehrmachtu?

Przytoczę kilka szczegółowych liczb obrazujących skutki polityki zniemczania Polaków: Wg niemieckiego historyka Heinricha Jaenecke na obszarach wcielonych do Rzeszy liczba osób objętych grupą I. i II. niemieckiej listy narodowej (DVL) sięgała 1 miliona, objętych grupą III. - 1,3 miliona, a grupą IV. - 83000. Natomiast prof. Józef Buszko podaje, że Volkslisty I. i II. grupy podpisało 780 tys. osób, a III. i IV. – 2,5 mln.. Tymczasem wg spisu z 1931 roku przeprowadzonego w II RP, język niemiecki jako ojczysty deklarowało 741 tys. obywateli II. RP. Można więc przyjąć, że była to rzeczywista liczba żyjących w Polsce Niemców etnicznych, a więc tych zakwalifikowanych przez władze niemieckie do grup I. i II. DVL.
Historyk Józef Milewski podaje proporcje ludnościowe w poszczególnych grupach DVL na Pomorzu Gdańskim (Gau Danzig-Westpreussen). Na przykładzie Starogardu, który liczył wiosną 1943 r. 18638 mieszkańców, w grupach I. i II. DVL było 3714 (19,9 %) osób, w grupie III. 14085 (75,5 %), natomiast folkslisty nie podpisało nieledwie 801 Polaków. W stosunku do ogółu Polaków liczba wpisanych do III. grupy stanowiła 94,6 %.

Akcje zniemczania nie były w poszczególnych regionach zaanektowanych zwanych Reichsgau’ami jednolite. Gauleiterzy wypracowywali wobec Polaków własne metody postępowania; np. Artur Greiser, gauleiter Warthegau („poszerzony” obszar Wielkopolski, bo także Łódź zwaną Litzmannstadt) był przeciwny zniemczania Polaków (Eindeutschung), uznał bowiem Polaków za niegodnych nadawania im statusu przynależności do narodu niemieckiego, a „swój” Warthegau uznał za dogodne miejsce dla osiedlania repatriantów niemieckich. W ramach szerokiej i brutalnej akcji okupanta z Wielkopolski wysiedlono do Generalnego Gubernatorstwa ok. 300 tys. obywateli polskich w tym 70 tys. Żydów (tych umieszczano w gettach). Zagrody wysiedlonych Polaków zasiedlano etnicznymi Niemcami przesiedlanymi z krajów bałtyckich (Baltendeutsche), z Rumunii (Besarabiendeutsche), z Rosji i Ukrainy (Wolgadeutsche, Wolyhniendeutsche).
Dodam, że niektórzy spośród tych nowych osiedleńców odmawiali przejęcia polskich zagród, bo wiedzieli, że ich polscy właściciele zostali z nich brutalnie wypędzeni.

Po rozszerzeniu przez Niemcy (w dniu 15.6.1941 r.) skuteczności „Ustaw Norymberskich” na zajęte przez Niemców tereny Europy Wschodniej, w tym na obszary Polski wcielone do Rzeszy, zamieszkała na tych terenach ludność zmuszona była wypełniać obligatoryjne deklaracje aryjskości („Ariernachweis”). Zarządzenie to pogłębiło nastroje trwogi wśród ludności polskiej, co skutkowało wzmożoną aktywnością w podpisywaniu przez Polaków folkslist. Do złożenia deklaracji aryjskości obowiązane na tych terenach były zarówno osoby, które podpisały którąś z DVL, jak i Polacy, którzy zachowali status Polaka.

Przepraszam tych wszystkich, dla których powyższy tekst stanowi truizm.

Oto dwaj dorośli mężczyźni spośród moich krewnych – J. i P., ci ze statusem Eingedeutscht znaleźli się w Wehrmachcie. Trzeci krewny - K, ze statusem Volsdeutsch, został ze względu na stan zdrowia z Wehrmachtu zwolniony i do końca wojny pracował w Grudziądzu w swoim rzemieślniczym zawodzie. Jeden z tych pierwszych – J., trafiwszy na front włoski zdezerterował i walczył w armii Andersa z Niemcami. Drugi z nich – P., był w jednostce piechoty wermachtu na terenie okupowanej Jugosławii, w Czarnogórze. W końcu roku 1944 przybył do Grudziądza na krótki urlop i świadom zbliżających się do Grudziądza Rosjan, „zadekował” się. Ujęty przez Feldgendarmerie (wskutek donosu?) został wcielony do karnej kompanii na terenie Grudziądza - ogłoszonego już wówczas miastem twierdzą („Festung Graudenz”). Jego jednostka w bliżej nieznanych mi okolicznościach poddała się Rosjanom i mój krewny P. trafił do przejściowego sowieckiego obozu jenieckiego, jaki sowieci urządzili w grudziądzkiej cytadeli.
Moi krewni folksdojcze grupy II zostali po wojnie przez władze polskie aresztowani; K. (etniczny Niemiec grudziądzki) - mąż mojej krewnej, został przekazany sowietom i osadzony w łagrze NKWD urządzonym w centrum Grudziądza, w byłym niemieckim obozie dla Ostarbeiterów, jego małżonkę zwolniono.

Pozdrawiam
Antek
 
Antek 

Dołączył: 08 Lip 2011
Posty: 43
Wysłany: Czw Sty 12, 2012 8:18 pm   Powspominam, pomarudzę

Wędrówka
Etap - Grudziądz

Nasz dociekliwy grudziądzki klan (po kądzieli) zdołał ustalić, że krewny K (ten z II DVL) jest osadzony w grudziądzkim obozie NKWD, zaś krewny P (ten z III DVL, b. żołnierz Wehrmachtu) znalazł się w sowieckim doraźnym obozie jenieckim – w grudziądzkiej cytadeli. Starszyzna rodu - przeceniając zapewne moją rzekomą łatwość w nawiązywaniu kontaktu z krasnoarmiejcami - powierzyła mi zadanie dotarcia do obu uwięzionych krewnych.

W pierwszych tygodniach po zajęciu Grudziądza, potraktowali sowieci miasto i jego mieszkańców jako zdobycz wojenną. Rabunek i gwałty były na porządku dziennym. Niewiele zdała się wielu kobietom charakteryzacja na „stare baby”. Tak, jak i wielu Grudziądzan nie uchroniła przed rabunkiem wywieszona na drzwiach mieszkania zwięzła deklaracja napisana poprawną cyrylicą „KWARTIRA POLIAKA”.
Już od kwietnia 1945 r. przez miasto toczyły się tygodniami kolumny konwojowanych przez krasnoarmiejców mężczyzn, wyłącznie cywilów w różnym wieku. Wszystkie kolumny przemierzały drewniany most przez Wisłę (zadziwiająco szybko zbudowany przez sowieckich saperów) kierując się na wschód. Równie długie były stada trofiejnego bydła pędzonego przez Rosjan na przemian tą samą trasą na wschód. Gdy kolumny Niemców dotarły do miasta o zmierzchu, ludzi rozmieszczano na nocleg w różnych punktach miasta pod gołym niebem. M. in. takim miejscem było obszerne podwórze przy ul. Ogrodowej (vis-a-vis banku). Tutaj ludzie także spali pokotem na gołej ziemi. Pewną liczbę mężczyzn umieszczano jednakże w dużych garażach zajmujących jedną stronę podwórza. Garaże były przez Rosjan na noc zamykane. Pewnego razu obserwowałem, jak do garażu wszedł młody czerwonoarmista i zdjętym z bioder pasem bił więzionych w garażu ludzi. Pamiętam żałosne błagania postponowanego starszego wiekiem Niemca, dobrze mam w pamięci jego krzyk: „..Herrchen! Bitte nicht hauen!”. Podobnie czynił ów rosyjski mołodiec kolejno w dalszych garażach.
Późnym rankiem, kiedy Rosjanie ponownie utworzyli kolumny marszowe, na podwórzu pozostawało zwykle kilka zwłok. Nigdy nie zauważyłem, by Niemcy otrzymywali jakikolwiek posiłek, nie widziałem także, by ci ludzie cokolwiek jedli.
Wspominając tamte czasy wciąż zadaję sobie pytanie, dlaczego owo postępowanie Rosjan, ten żałosny krzyk bitych ludzi, nie robiły na świadkach tych zdarzeń, na mieszkańcach, także na mnie, większego wrażenia. Czy dlatego, że bitymi byli Niemcy, nasi wrogowie? Czy może był to skutek naszej wojennej znieczulicy?
Dopiero po latach dowiedziałem się, że pośród wówczas pędzonych do Rosji ludzi byli nie tylko Niemcy. Byli pośród nich ludzie różnej narodowości, także Polacy.

Rychło powstała niemal w centrum miasta jedna z „wysp” Archipelagu GUŁAG – obóz NKWD zaadaptowany z niedawnego niemieckiego obozu dla robotników przymusowych, dla tzw. Ostarbeiter’ów. Szereg baraków - otoczonych dotychczas niewysokim ogrodzeniem z drutu kolczastego - obudowano podwójnym, wysokim ogrodzeniem z drutu kolczastego i częściowo wysokim płotem sporządzonym z desek. Wokół obozu ustawiono charakterystyczne drewniane wieże strażnicze ze zbrojnymi strażnikami. Przebywając częstokroć w bliskości obozu, widziałem wynędzniałych więźniów, których wygląd i zachowanie przypominały opisy owych „muzułmanów” z niemieckich obozów koncentracyjnych. Po terenie obozu snuli się flegmatycznie wychudzeni więźniowie, grzebiący w stertach śmieci i załatwiający swoje potrzeby kucając wokół baraków. Kilkakrotnie byłem świadkiem wywożenia zwłok z terenu obozu. Wywozili je na prymitywnych wózkach więźniowie, stąd mogłem wnosić, że grzebano je w bliskości obozu. Świadczyły o tym także liczne miejsca z świeżym żółtym piaskiem.

Pod koniec lata 1945 r. obóz został zlikwidowany, a więźniowie pognani na wschód, zapewne gdzieś do odległych obozów Gułagu. Obserwowałem przebieg ewakuacji obozu: na drodze tuż za obrębem obozu, podczas wielogodzinnego apelu, trwały korowody z wielokrotnie powtarzanym liczeniem więźniów. Już ustawionymi kolumnami nieustannie więźniami manewrowano, dokonywano niezrozumiałych roszad. Wokoło stały gęste posterunki strażników NKWD (w niebieskich czapkach). W pobliżu łagierników stało kilka kobiet z pakunkami usiłujących zbliżyć się do więźniów, zapewne do swoich bliskich, co również świadczyło o obecności Polaków wśród tych więźniów.
Uwagę zwracało dwóch niemieckich więźniów-księży (w wyświechtanych sutannach). W przeciwieństwie do pozostałych współwięźniów sprawiali wrażenie ludzi pogodnych; byli niezwykle aktywni, ze swobodą poruszali się pośród więźniów. Widać darzono ich przywilejami
.

Przekonanie wartownika przy bramie obozu NKWD, aby zechciał skontaktować mnie z jego przełożonym, nie należało do łatwych zadań. Zapewne nie utwierdziłem także oficera dyżurnego obozu w przekonaniu, że mój krewny znalazł się w obozie jako zupełnie niewinny Polak, ale być może moja opowieść o Warszawie i opiece Rosjan, jakiej zaznałem w czasie wędrówki do Grudziądza sprawiła, że uzyskałem przychylność tego enkawudzisty i zgodę na osobisty kontakt z krewnym K.
We wnętrzu obozowego baraku panowała przytłaczająca ciasnota, zaduch. Piętrowe łóżka zajmowały niemal całą powierzchnię stosunkowo niewielkiej izby w baraku. Zaskoczyła mnie względna czystość wnętrza, kontrastująca z odrażającym brudem panującym wokół baraków. Także więźniowie znajdujący się w tej części baraku sprawiali wrażenie ludzi w miarę schludnych, w przeciwieństwie do snujących się po obozie żałosnych, brudnych postaci.
Krewny K był jedynym Polakiem w tej izbie. Jego niemieccy współwięźniowie zasypali mnie prośbami; jedni wciskali mi adresy prosząc o przesłanie ich rodzinom wiadomości, inni prosili o żywność, lekarstwa, papierosy. Krewnego odwiedzałem w obozie jeszcze kilkakrotnie dostarczając żywność, leki i z trudem zdobywany tytoń (rosyjską machorkę). Rychło - staraniem moich rodziców - udało się krewnego K wydostać z sowieckiego obozu (w lipcu 1945 r. powrócił mój ojciec z obozu; przeżył KL Buchenwald i Altenburg, miał zniszczone zdrowie). Szczęśliwie powiodło to się na krótko przed likwidacją obozu i deportacją więźniów na wschód. Nie pamiętam, na czym owe zabiegi rodziców polegały. Oboje krewni K - bezdzietne małżeństwo - skazani zostali później przez sąd na karę pozbawienia wolności, ale po krótkim pobycie w areszcie resztę kary zamieniono im na dwuletnią pracę (bez wynagrodzenia) na rzecz jakiegoś gospodarstwa wiejskiego.
Gdy poniemieckie koszary na ul. Koszarowej zostały praktycznie z rzeczy użytkowych ogołocone, brata i moje zainteresowanie skupiło się na cytadeli. Pojawiła się też dodatkowa motywacja – potrzeba nawiązania kontaktu z krewnym P. Przedostanie się do wnętrza cytadeli było jednakże o wiele trudniejsze, niż wejście do obozu NKWD. Przy głównej bramie fortu (w pierwszym pierścieniu bastionów) wartę pełniło często nawet dwóch czerwonoarmistów. Być może istniały inne drogi wiodące do wnętrza twierdzy, ale obaj z bratem nie posiadaliśmy najmniejszej znajomość twierdzy, nadto obawialiśmy się min.
Kiedyś pojawił się na warcie przy bramie młody sowiecki żołnierz, który po dłuższej z nim „werbalno-ręcznej” rozmowie pozwolił mi na krótki czas wejść do wnętrza fortu, a ściślej do rodzaju fosy wiodącej między pierścieniami bastionów. Już to pierwsze krótkie rozpoznanie sprawiło, że fort wydał się za trudny do spenetrowania dla pozyskania jakichś użytkowych dóbr wojskowych. Idąc fosą napotkałem mieszczące się na wysokości piętra olbrzymie okno-portyk z mocnym okratowaniem. Stojąca za kratami grupa niemieckich jeńców nawiązała ze mną rozmowę. Moja wówczas słaba znajomość niemieckiego pozwoliła mi na wyartykułowanie prośby o odszukanie mojego krewnego - P. Ku mojemu zaskoczeniu, już po krótkiej chwili P pojawił się w zakratowanym portyku. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że pośród jeńcami poruszała się 13 – 15-letnia dziewczynka. Była całkowicie łysa. Wnoszę stąd, że sowieci więzili w forcie nie tylko żołnierzy, ale i cywilów. Krewny P twierdził, że to córka jednego z niemieckich jeńców, a jej łysina to skutek przebytego tyfusu.
Ugłaskany wiktuałami i gorzałką ów młody sowiecki wartownik pozwolił mi na późniejsze wielokrotne „zwiedzanie” wnętrza fortu. Mogłem więc krewnemu dostarczać korespondencję i trochę żywności. Środkiem transportu był spuszczony na sznurku koszyk.
Korzystając z przyzwolenia „naszego” krasnoarmiejca obaj z bratem penetrowaliśmy (wyposażeni w świeczki) wnętrze jednego z bastionów. Nie jestem w stanie określić miejsca, w którym znajdowało się owo wejście do kazamatów; pamiętam, że u wejścia uzbrojonego w ciężkie, stalowe wrota, musieliśmy forsować powalone piętrowe łóżka i zwały rupieci. Natomiast wnętrze, stanowiące rodzaj długiego korytarza, świadczyło, że służyło niemieckiej załodze w okresie oblężenia za quasi-koszary; wzdłuż jednej ze ścian stały lub leżały rzędy piętrowych łóżek stalowych oraz typowych żołnierskich szaf. Można było odnieść wrażenie, jakby załoga to wnętrze dopiero co opuściła. Wciąż jeszcze znajdowała się amunicja, bezodrzutowe granatniki (Panzerfaust, Panzerschreck), granaty ręczne i inne materiały bojowe. Nie było broni żołnierskiej. Znaleźliśmy tu jednak tak cenne rzeczy, jak świece i suchary, a nawet konserwy. Nie oparliśmy się pokusie, by wynieść i schować w gęstą trawę rzadkie znalezisko - włoski karabin. Ten niewielkich rozmiarów karabinek (jeszcze mniejszy od sowieckiego KBK) ze składanym wąskim, płaskim bagnetem na stałe sprzężonym z karabinem (i składanym). Różne wersje naszych planów wydostania tej broni z fosy spełzły na niczym, bowiem pewnego dnia „nasz” karabinek zniknął.

Jesienią 1945 roku nasza rodzina podzieliła los wielu innych warszawian – osiedliła się na tzw. Ziemiach Odzyskanych.

Lębork jako docelowe miejsce osiedlenia dla mojej rodziny wybrał mój ojciec. Trasa pociągu wiozącego późną wiosną 1945 roku z Niemiec b. więźniów niemieckich obozów, b. robotników przymusowych i żołnierzy II Korpusu, w którym znalazł się mój ojciec, wiodła przez Lębork. Pociąg miał na lęborskiej stacji dłuższy postój, co pozwoliło podróżnym na rzut przelotnego spojrzenia na miasto i jego okolice. Miasto zauroczyło ojca i postanowił, że po odnalezieniu swojej rodziny właśnie tu się osiedlić. Ojciec był świadom, że powrót do Warszawy jest niemożliwy, utraciliśmy tam bowiem mieszkanie i całe mienie. Ojciec był rodowitym warszawianinem, przywiązanym do swojego miasta, w odbudowę stolicy jednak nie wierzył, twierdził też, że jeśli nawet tak się stanie, to nie będzie to już jego dawne miasto.
Po tygodniach poszukiwań, odnalazł nas tato w Grudziądzu.


Pozdrawiam
Antek
 
Antek 

Dołączył: 08 Lip 2011
Posty: 43
Wysłany: Pon Lut 13, 2012 12:41 am   Powspominam, pomarudzę

Finał wędrówki - Lębork, wrzesień 1945 roku.

Pierwsze miesiące w Lęborku

Lębork zajęty został przez Rosjan bez walk i nie licząc popełnione przez Niemców samobójstw (w tym także zbiorowych dokonywanych przez całe rodziny), czy też gwałtów popełnianych przez sowieckich bojców, ofiar w Lęborku wśród ludności niemieckiej nie było. Natomiast tak, jak to miało miejsce w wielu miejscowościach na ziemiach odzyskanych, Ruscy w zwycięskim, pijackim amoku spalili część śródmieścia Lęborka (większość budynków wokół rynku).
Wczesną jesienią ’45 zamieszkiwało w tym mieście jeszcze dużo dotychczasowych mieszkańców - Niemców, natomiast polskich osadników napłynęło jeszcze niewielu i w większości byli to Kaszubi, których jeszcze przez długi czas nazywano bezsensownie „autochtonami”. Przybywali także przesiedleńcy z dawnych polskich obszarów wschodnich, ludzie określani potocznie jako „ci z za Buga”, choć wielu było w istocie z Wileńszczyzny, czy z Podkarpacia.
Rodzice nasi jeszcze przed opuszczeniem Grudziądza zachęcali do przesiedlenia się do Lęborka również naszych grudziądzkich, biednie i w kiepskich warunkach mieszkaniowych żyjących sąsiadów. Z dobrym skutkiem, bo już wkrótce przybyło w ślad za nami do Lęborka kilka zaprzyjaźnionych rodzin z tego miasta, a m. in. państwo Krysiakowie i Dybowscy, którzy z kolei nakłonili do osiedlenia się w Lęborku swoich krewnych itd.. Przez pierwsze tygodnie pobytu tych ludzi w Lęborku przebywali oni w naszym, niewielkim mieszkaniu, aż do znalezienia, a ściślej wyboru odpowiedniego mieszkania i uzyskania nań przydziału udzielanego przez Państwowy Urząd Repatriacyjny (PUR). Ci jednakże - w przeciwieństwie do moich rodziców - wybierali sobie w Lęborku z reguły wygodne, dobrze usytuowane, wielopokojowe mieszkania z łazienkami i w dodatku wyposażone w meble.
Wcześniej, ze wstępnie upatrzonych pod naszą przyszłą siedzibę rodzinną mieszkań, rodzice nasi wytypowali dwa obiekty: jednym z nich był to skromny, niewielki, piętrowy domek jednorodzinny (przy ul. Skarżyńskiego?), wybrano jednak ten drugi obiekt - mieszczące się na piętrze przy ulicy Grudziądzkiej dwupokojowe mieszkanie bez łazienki, choć z dużą, wygodną kuchnią. Mieszkanie wyposażone było w marne i niekompletne meble. Obaj z bratem „zaanektowaliśmy” dla naszych potrzeb mansardowy pokój na drugim piętrze. Myślę, że przy wyborze mieszkania rodzice kierowali się głównie względami bezpieczeństwa, bowiem vis-a-vis naszego domu (przy ul. Toruńskiej) mieściły się koszary krasnoarmiejców, a także ze względu na bliskość krewnych, którzy zajmowali dwupiętrowy dom z piekarnią przy ul. Róży Luksemburg. Natomiast ów alternatywny domek jednorodzinny stał na pustkowiu, na północnym skraju miasta. Krążyły wówczas uporczywe pogłoski o operujących na terenach ziem odzyskanych wilkołakach - hitlerowskich partyzantach (tzw. Werwolf) i związanych z tym zagrożeniach. Jak jednak dalsze życie „na zachodzie” wykazało, zagrożenie było istotnie duże, ale ze strony naszych sowieckich „wyzwolicieli” i licznych grup równie groźnych, rodzimych, częstokroć zbrojnych szabrowników z „centralnej Polski”. A przecież było wówczas tyle innych, nie zamieszkałych, różnej wielkości jednorodzinnych domów, czy też obszernych, komfortowych mieszkań i to nie rzadko kompletnie wyposażonych(!). Myślę, że rodziców wybór był też na miarę ich ambicji, ciążył także - wynikający z wciąż niepewnej sytuacji ziem odzyskanych - powszechny niepokój sprowadzający się do przesłanki „...a jak oni tu wrócą, to odbiorą nam, Polakom, w pierwszej kolejności wille i te lepsze mieszkania!”. Natomiast zajęte przez nas owo dwupokojowe mieszkanie okazało się być najbardziej swojskie; nawet żyrandol w pokoju mieszkalnym naszego nowego mieszkania był niemal identyczny z naszym dawnym, tym z mieszkania warszawskiego (był to klosz o średnicy około 60 cm, zszyty z kwieciście zdobionych segmentów celuloidu i zakończonych frędzlami. Znacznie później, przy okazji jakichś gruntownych porządków, znaleźliśmy na wierzchniej płycie szafy odzieżowej fabryczny napis w języku polskim: „Na sucho klejone”! A więc meble zostały gdzieś w Polsce przez Niemców zrabowane, choć być może po prostu pochodziły z przedwojennego importu z Polski.
Po dokonanym wyborze mieszkanie należało się zgłosić do PUR (Państwowy Urząd Repatriacyjny) w celu uzyskania formalnego nań przydziału, co było zwykłą formalnością. Bodajże tenże urząd zaopatrywał polsckich osiedleńców w kartki żywnościowe, mające zresztą rzadko pełne pokrycie w towarze. Urząd ten pośredniczył także w załatwianiu różnych innych spraw socjalno-bytowych. Także dzięki pośrednictwu tego urzędu ojciec mój otrzymał pracę w administracji zakładu energetycznego (zwanego potocznie „elektrownią”).

Miasto roku 1945 to ogrom codziennych trudności w życiu osiedleńców. Wprawdzie z trudnościami w zdobywaniu artykułów spożywczych borykało się wówczas społeczeństwo całego kraju, jednakże szczególnie dotkliwie odczuwali to osiedleńcy na tzw. Ziemiach Odzyskanych, gdzie wszystko wymagało tworzenia od podstaw. Choć i niełatwo było żyć w nowych warunkach także znacznej liczbie żyjących jeszcze wówczas w Lęborku i jego okolicach - Niemcom. Los Niemców był polskim osiedleńcom na ogół dość obojętny. Obie społeczności żyły niejako obok siebie; okazywanie sobie niechęci czy sympatii były raczej sporadyczne.

W miarę sprawnie funkcjonowały wodociągi i gazownia miejska. Wydaje mi się, że nie można też było się uskarżać na działanie instytucji publicznych, a zwłaszcza tak ważnej – PUR-u; także zawiązki różnego rodzaju instytucji administracyjnych funkcjonowały w miarę poprawnie. Myślę, że biurokracja była wówczas bodaj pojęciem mało znanym.
Służba policyjna, czyli Milicja Obywatelska, stanowiła – jak zapewne w większości miejscowości – zbieraninę przypadkowych ludzi. Gdy na piekarnię przy ul. Róży Luksemburg, prowadzoną przez polskiego piekarza, warszawianina, Stanisława S. z małżonką i córką i przez współpracującego z nimi byłego właściciela piekarni (i całego budynku) – Niemca o nazwisku Blumberg, napadło w biały dzień kilku uzbrojonych pijanych krasnoarmiejców, przybyli z interwencją milicjanci, obrzuceni przez Rosjan wyzwiskami i pogróżkami, co rychlej zbiegli w popłochu. Byłem tego zdarzenia świadkiem.
Jedną z bardziej aktywnych instytucji była niestety placówka UB. Jednym z przejawów jej działalności było nękanie właśnie powracających z Zachodu żołnierzy II Korpusu WP, głównie Kaszubów (najczęściej wcześniejszych dezerterów z Wehrmachtu). Przybywali oni na ogół w większych grupach koleją bądź drogą morską. Żołnierzy ci robili duże wrażenie, większość z nich przybywała bowiem w kompletnym umundurowaniu wojskowym, w brytyjskim battle dress i innymi akcesoriami wojskowymi.

Wielodniowym przesłuchaniom poddano w lęborskim UB W tamtym czasie także mojego ojca (emerytowany przedwojenny zawodowy żołnierz, b. członek AK i b. więzień obozów koncentracyjnych). Ubowcy usiłowali wmówić ojcu, iż jest krewnym jednego z przebywających na emigracji wyższych dowódców II Korpusu (w istocie przypadkowa zbieżność nazwisk).

Osiedleńców nękał powszechny brak artykułów pierwszej potrzeby. Także zdobycie sprzętu – współcześnie określanego skrótem „AGD” – nie było, wbrew pozorom, łatwe. Bez trudu można było zająć wolne mieszkania, nawet w miarę dobrze umeblowane, ale radioodbiornik czy rower były nieosiągalne. Co odważniejsi i ci naiwni ryzykując nabywali wprawdzie upragniony tego rodzaju sprzęt od krasnoarmiejca za butelkę/butelki bimbru, jednakże niejeden nabywca gorzko takiego handlu później żałował, bowiem ów sowiecki bojec nierzadko powracał doń nocą z kilkoma zbrojnymi towarzyszami i zarzucając polskiemu kontrahentowi oszustwo, brutalnie pozbawiał nabywcę przedmiotu handlu zamiennego, a ci, którzy zbyt stanowczo ociągali się z wypełnieniem woli krasnoarmiejca, z reguły i tak tracili ów przedmiot, bywało, że wraz z życiem. Głośne było w roku ’45 morderstwo popełnione przez Rosjan na dwojgu młodych ludzi. W dzień po ich ślubie wybrali się rowerem na wycieczkę. Brutalnie zatrzymani przez sowieckich maruderów odmówili oddania im swojego roweru. Odmowę przypłacili życiem (towarzyszący małżeństwu kilkuletni krewniak uszedł z życiem). W nieco innych okolicznościach zabito panią M., znajomą moich rodziców, zamieszkałą przy ulicy Tczewskiej. Pani M., podobnie jak to czyniła większość osiedleńców, zawsze z pieczołowitością zapierała zmyślną konstrukcją z belek drzwi wejściowe swojego mieszkania. Uczyniła to także po dokonaniu jakiejś transakcji z „Ruskimi”. Z przybyłymi nocą jej niesumiennymi rosyjskimi kontrahentami z zamiarem odebrania jej przehandlowanego wcześniej przedmiotu, pertraktowała przezornie tylko przez drzwi. Zwrotu przedmiotu zdecydowanie odmówiła. Wściekli krasnoarmiejcy w końcu odeszli, uprzednio jednak posławszy serię z pepeszy przez drzwi mieszkania pani W..

Powracam do sprawy tak pożądanego wówczas sprzętu „AGD”. Tego rodzaju przedmioty, obiekty pożądania mieszkańców, można było tylko oglądać i to przez pewien krótki okres czasu na zapleczu dworca kolejowego. Dosłownie sterty radioodbiorników, maszyn do szycia i do pisania leżały przez wiele dni jesienią 1945 roku w bliskości obecnej ulicy Żeromskiego. Zgromadzonego przez Rosjan sprzętu pilnował przez całą dobę wojskowy posterunek, zwykle jednoosobowy post. Rzecz niepojęta, sowieccy sprawcy szabru nie zadbali o zabezpieczenie swoich łupów, owych wrażliwych urządzeń, przed działaniami atmosferycznymi, a przecież była słotna jesień.
Niemieccy mieszkańcy miasta, którzy stosując się do zarządzeń swoich władz opuszczali masowo miasto przed wkroczeniem Rosjan. Sprzętu „AGD” z oczywistych względów nie zabierali ze sobą, najczęściej nieudolnie ukrywając je gdzieś na strychu, czy w altankach przydomowych ogródków. Doświadczeni w grabieniu sowieccy szabrownicy starannie „przeczesywali” poniemieckie mieszkania i różne schowki dawnych mieszkańców gromadząc łupy z przeznaczeniem do wywiezienia do Rosji. Widywałem żołnierzy sowieckich, którzy nakłuwając długimi stalowymi prętami przydomowe ogródki wykopywali niekiedy skrzynie z zawierające cenne rodzinne dobra byłych niemieckich mieszkańców.
Widziałem kiedyś, jak Rosjanin wykopał w ogrodzie przy ul Wandy Wasilewskiej dużą skrzynię z porcelaną i gospodarczymi przedmiotami metalowymi (srebrnymi?). „Srebra”, załadowawszy do worka jak kartofle, Rosjanin poniósł, uprzednio potłukłszy porcelanę.

Handel wymienny był wówczas powszechny, także między ludnością polską i niemiecką; niemieccy tubylcy, mimo że dysponowali pewnymi starymi zapasami, np. zaprawami żywności czy opałem, nie mogli - w przeciwieństwie do Polaków – swobodnie nabywać pewnych artykułów, choćby ze względu na brak polskiej waluty, handel z Polakami im to ułatwiał.
Także w zdobyciu tak bardzo potrzebnego mojej rodzinie radioodbiornika pomogli mi moi niemieccy rówieśnicy. Uzyskany Volksempfänger miał wprawdzie niewielką usterkę, ale nietrudną do usunięcia dla początkującego amatora. N.B. ów prymitywny, popularny niemiecki radioodbiornik z jego usterką zainicjował jedną z moich pasji, a także późniejsze zdobywanie zawodu.
Mój pierwszy lęborski rower był prymitywnym składakiem, pordzewiałą „damką”, w której brakujące opony zastąpiłem ...grubym wężem ogrodowym (pojawienie się w handlu części do roweru nastąpiło dopiero po latach). Nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie, ile wysiłku fizycznego wymaga przejechanie wehikułem z tego rodzaju ogumieniem choćby jednego kilometra.

Przybywszy do Lęborka, postanowiliśmy obaj z bratem wziąć na Niemcach za nasze przeżycia w okupowanej Warszawie srogi ...odwet. Oczywiście nie mieliśmy wyobrażenia o sposobie wcielenia naszego złowieszczego zamiaru w czyn. Po krótkiej fazie wzajemnego „obwąchiwania się” rychło okazało się, że warszawscy radykalni szczenięcy „mściciele” przemienili się w przyjaciół „paczki” niemieckich rówieśników.
Zażyłość z ową gromadką niemieckiej młodzieży zaowocowała wieloma obopólnymi korzyściami. Tak bardzo potrzebną mojej mamie maszynę do szycia udało mi się wyhandlować również od moich niemieckich rówieśników, którzy wydobyli ją z podwójnej ścianki czyjejś altanki.
To moi niemieccy kumple zaopatrzyli mnie np. w cały komplet twórczości Karola Maya, o którego powieściach marzyłem od lat. To m. in. dzięki tym książkom i przemożnemu wysiłkowi związanemu z czytaniem obcojęzycznego tekstu, zawdzięczam późniejszą łatwość w opanowaniu języka niemieckiego. Ale też za sprawą nas obu z moim bratem nasi niemieccy koledzy nie mieli trudności w nabywaniu artykułów spożywczych.
Zdarzały się i wspólne nieszczęścia. Oto, kiedy doszła do skutku od tygodni prowadzona przeze mnie wraz bratem transakcja wyhandlowania od niemieckich chłopaków pistoletu (Walter 7,65), nastąpiła dramatyczna „wpadka”. W trakcie wspólnego, próbnego przestrzeliwania nabywanego przez nas „towaru” (w sosnowym młodniku, nieopodal ul. Róży Luksemburg) zostaliśmy nagle otoczeni przez kilkoosobową grupę krasnoarmiejców. Żołnierze wzięli nas obu i naszych niemieckich kontrahentów „w plen”. Ich dowódca – rozdawszy uprzednio żołnierzom do po jednym naboju do ich pepesz (żołnierze odbywali w lesie ćwiczenia bez amunicji) - zaprowadzili ujętych polsko-niemieckich „handlarzy bronią” do siedziby NKWD (w pamięci kojarzę ją z okazałą willą przy ul. Boh. Stalingradu, w bliskości mostu nad Łebą, dziś bodaj siedziba banku – patrz fotka). Wielce wylęknieni stanęliśmy przed niemłodym oficerem; z jego pokrzykiwania zrozumiałem, że główny jego zarzut to ten, że my, chłopcy polscy, zadajemy się z Niemcami. Padały też jakieś słowa o rozstrzelaniu. Myślę, że enkawudziści mieli ważniejsze sprawy, niż rozprawa z paroma małolatami, w kolejce do przesłuchania stało bowiem kilku sowieckich żołnierzy pod strażą. Po wrzaskliwej reprymendzie zamknięto nas na całą noc w piwnicy. Rankiem wyprowadzono całą naszą grupę z „tiurmy” i polecono ...udać się do swoich domów. Niestety, „obie układające się strony” – małolaty polskie i niemieckie - wspaniałego waltera utraciły.
Obaj z bratem utraciliśmy w późniejszych miesiącach jeszcze niejedną sztukę broni, którą pozbawiał nas WOP bądź milicja. I to zawsze w wyniku donosu któregoś z naszych zawistnych kolegów. W tamtym czasie zarówno Rosjanie, UB, jak i milicja, były w przypadku takich deliktów, jak ten nasz, w miarę wyrozumiałe. Zapewne w regionach kraju, gdzie aktywne były zbrojne organizacje podziemne, konsekwencje za posiadanie broni były groźne.
Ostatni i jedyny uchowany jeszcze egzemplarz „spluwy” z dawnych zbiorów trafił w latach 50. na dno Łeby, w bliskości mostu, nieopodal budynku sądu. Rozsądek podyktował właścicielowi owego stalowego „kopyta” (kończącemu wówczas studia), iż przechowywanie tego rodzaju żelastwa naraża bliskich na poważne kłopoty, a i dawna pasja związana z takimi „zabawkami” już całkowicie zaniknęła.

Pozdrawiam
Antek
 
EwkaW 


Dołączyła: 04 Wrz 2011
Posty: 581
Wysłany: Sro Lut 15, 2012 11:21 pm   

Drogi Antku, z okazji absolutnie okrągłych urodzin (same kółka :wink: ) życzę Ci dużo zdrowia i zrealizowania wszystkich marzeń i zamierzeń z taką samą pasją, z jaką dzielisz się z nami opowieścią o swoich przeżyciach sprzed lat.
Do wirującego kwiatka :k12: (jeszcze jedno kółko :wink: ) dołączam zdjęcie Twego nauczyciela fizyki w USP, Franciszka Kitowskiego (ok. roku 1950, stoi w środku w pumpach) i jeszcze jedno zdjęcie z matury Stanisława Sołdka (po prawej). To zdjęcie zamieszczam także po to, aby pokazać jakie to były siermiężne czasy. Na uroczystości pomaturalnej stoły przykryto wprawdzie białymi obrusami, ale nikt ich nie wymaglował, a zastawę stołową stanowiły blaszane kubki i miski...
A tak przy okazji; wg moich wyliczeń Sołdek zdał maturę w 1951, czy się nie mylę?

Kopia Soldek_3.jpg
Plik ściągnięto 18885 raz(y) 52,64 KB

Kopia Scan10011.JPG
Plik ściągnięto 18885 raz(y) 48,68 KB

 
pumeks 


Dołączył: 22 Paź 2003
Posty: 7433
Wysłany: Czw Lut 16, 2012 7:07 am   

I w dodatku urodziny w Tłusty Czwartek :) Okrąglutkie, jak pączki :)
Dołączam się do gratulacji :party: :piwo:
_________________

 
ruda 
Mierzeja


Dołączyła: 24 Cze 2007
Posty: 1792
Wysłany: Czw Lut 16, 2012 7:46 am   

:k3: Najlepszego! Weny twórczej - pisz, pisz........ :wink:
_________________
„Chamstwu w życiu należy się przeciwstawiać siłom i godnościom osobistom”.
 
 
Dostojny Wieśniak 


Dołączył: 02 Gru 2007
Posty: 3730
Wysłany: Pią Lut 17, 2012 12:29 am   

:party: :piwo: :party: Trzymaj nam się zdrowo. :kumple:
_________________
Poldergeist
 
Antek 

Dołączył: 08 Lip 2011
Posty: 43
Wysłany: Pią Lut 17, 2012 12:54 am   Serdecznie dziękuję Ci, droga Ewko

Bardzo Ci dziękuję za życzenia urodzinowe, ale także za zdjęcie p. Kitowskiego, którego bardzo ciepło wspominam.
Mniemam, że drugi mężczyzna od lewej jest bodaj matematykiem USP (nie pamiętam jego nazwiska), choć uczył on nie moją grupę.

Zechciej, proszę, podać mi źródło Twoich zdjęć. Wspomniałaś wprawdzie kiedyś, że nie jesteś absolwentką tej „szkoły bolszewickiej” (tak chcieli tę pożyteczną instytucję widzieć niektórzy spośród kierownictwa USP), tym bardziej intryguje Twój zasób tych zdjęć.

Pozdrawiam Cię serdecznie
Antek
 
EwkaW 


Dołączyła: 04 Wrz 2011
Posty: 581
Wysłany: Pią Lut 17, 2012 2:06 am   

Ponieważ najpierw otworzyłam Twój post na pw, to tam opisałam to szczegółowo.
Ale tu powtórzę króciutko, bo to przecież żadna tajemnica, a może kogoś także zainteresuje.
Mój Ojciec uczył matematyki w USP, wśród nauczycieli tego Studium byli jego bliscy koledzy, a na pomaturalną uroczystość w USP został najwyraźniej zaproszony wraz z żoną i siedzą oboje obok Sołdka.
Są to zdjęcia z rodzinnego albumu, a że byłam zawsze raczej ciekawska, to i wiem, kto i co :hihi:
Pozdrawiam
EwkaW
 
Antek 

Dołączył: 08 Lip 2011
Posty: 43
Wysłany: Pon Lut 20, 2012 1:04 am   Powspominam, pomarudzę

Lębork, początki osiadłego życia.
Już bodaj jesienią ‘45 roku zapoczątkowana została w Lęborku akcja rozdziału darów słanych przez UNRRA (międzynarodowa organizacja niosąca pomoc ludności krajów poszkodowanych w wojnie). W ramach tej pomocy w nielicznych czynnych sklepach pojawiło się szereg egzotycznych – jak na tamte czasy – artykułów, np. tani smalec kokosowy, przekornie nazywany „małpim smalcem”, a także odchudzone mleko w proszku i jaja w proszku (jedno i drugie niezbyt smaczne), a w zakładach pracy rozdzielano deputat konserw; były to wyłącznie dwojakiego rodzaju niewielkie puszki (wielkości obecnych puszek z zielonym groszkiem), jedne z mielonką końską o nawie „HORSE MEAT”, a te drugie z czarną masą (mającą zapewne uchodzić za czarny salceson) z nazwą na etykietce – nie wiedzieć czemu w jakimś jednym języku słowiańskim - „KRVAVA KOBASNICA”.

Po latach krążył w Polsce taki oto sarkastyczny dowcip: W późnych, powojennych latach trwa rodzinna feta. Gorzały wciąż jeszcze w bród, ale brakuje zakąski. Pani domu zrządza: przynieś, stary, leżące na strychu pozostałe po rodzicach z lat powojennych jakieś konserwy. Stary przyniósł owe puszki z napisem „Horse meat”, ale przezornie najpierw nakarmiono tą potencjalną zagrychą Fafika. Fafik radośnie merdając ogonkiem prosił o więcej, więc owe unrowskie przysmaki podano na stół - ku zadowoleniu biesiadników.
Po pewnym czasie zaaferowany synek gospodarzy doniósł rodzicom ponurą wiadomość: Fafik nie żyje!
Afera! Karetki przewożą gości biesiady na płukanie żołądków.
Zrozpaczeni gospodarze pytają swojego synka: „Czy Fafik bardzo cierpiał?”
Synek: „Nie, wpadł pod samochód i już się nie poruszał!”


Smalec kokosowy, mimo że tylko wyglądem, a nie smakiem, przypominał nasz wieprzowy, stanowił mimo wszystko urozmaicenie żałosnego domowego menu, bowiem dotychczas najczęściej używanym tłuszczem, nawet do kraszenia ciepłych posiłków, był ów - dobrze nam znany z całego okresu okupacji - smolisty, o bardzo przykrym smaku olej lniany czy rzepakowy pochodzący z wyrobu chałupniczego. „Małpi smalec” natomiast nadawał się nawet do smarowania chleba, bo przecież o autentycznym smalcu wieprzowym, tudzież o słoninie można było nadal tylko pomarzyć. Z rzadka przydzielane były i to wyłącznie z pośrednictwem zakładów pracy (wówczas jeszcze nielicznych), bardzo atrakcyjne amerykańskie paczki zawierające zestaw artykułów żywnościowych i używek (papierosy), a także słodycze, gumę do żucia oraz rozpuszczalną kawę, wówczas po raz pierwszy przez nas poznaną. W istocie były to konfekcjonowane dzienne racje żołnierskie armii USA. W szkołach codziennie rozdzielano dzieciakom także unrowskie tabletki witaminowe i tran; w przerwach lekcyjnych ustawiano dzieciaki w kolejce i podawano każdemu po łyżce tego życiodajnego oleju (każdy dzieciak musiał mieć własną łyżkę i kawałek chleba z solą „na zagrychę”), a na deser dużych rozmiarów tabletka witaminowa, a często jeszcze po marchewce.
Rolnikom, a zwłaszcza tworzącym się państwowym majątkom rolnym przydzielano nawet konie dostarczane przez tę organizację z USA i Kanady. Niektórym ważnym instytucjom i urzędom przyznawano luksusowe czarne limuzyny marki „Chevrolet”. Akcja ta trwała bodaj do późnych lat 40..

Ojciec mojego kolegi szkolnego był dyrektorem państwowego majątku w Osowie nieopodal Lęborka. Często w niedziele i święta bywałem u tego kolegi mieszkającego w zarządzanym przez jego ojca majątku, będącym niegdyś tradycyjnym majątkiem junkra pruskiego. Właściciel wywiózł wprawdzie z pałacu co cenniejsze wyposażenie, ale nadal był to wspaniały obiekt, a gospodarstwo rolne sprawiało wrażenie już nieźle prosperującego. W pałacu trwały nieustanne libacje z udziałem okolicznych nowobogackich, różnych dygnitarzy i wyższych rangą wojskowych polskich i sowieckich. Gorzelnia majątku pracowała na pełnych obrotach. Nami, dzieciakami nikt się tam nie zajmował, ani też nie musieliśmy się nikomu opowiadać, cały więc czas spędzaliśmy z moim kolegą i jego starszym bratem na niemal wielkopańskich rozrywkach - na jeździe konnej, strzelaniu z dyrektorskich fuzji, no i na dobrej wyżerce.

***

Dramaty. Na parterze naszego domu, w mieszkaniu numer 2. mieszkała jeszcze wówczas Niemka, samotna staruszka. Kobieta była zapewne niezrównoważona psychicznie (Alzheimer?), być może skutkiem jej krytycznych warunków życia. Kobieta często głośno przywoływała na klatce schodowej swoją córkę (zapewne) - „Herta!”. Staruszka była całkowicie pozbawiona środków do życia, tylko z rzadka ktoś jej przynosił jakąś żywność, czy podawał jej jakiś posiłek, czyniła to także i moja matka. Trudno jej było zapewnić stałą opiekę; zakłady opiekuńcze nie istniały, a mamy interwencja w jej sprawie u jej niemieckich ziomków niczego w jej losie nie zmieniła. Niedostatek był wówczas udziałem wszystkich, zarówno Polaków, jak i Niemców; bywały okresy czasu, gdy brakowało nawet chleba.
Po kilku tygodniach staruszka ta zmarła. Z zażenowaniem wspominam ówczesną naszą oziębłość na ludzkie nieszczęścia. Znieczulica, otępienie moralne były wówczas powszechne i to zarówno pośród lęborskiej społeczności polskiej, jak i niemieckiej. Mniemam, że nie tylko lęborskiej. Warto powtórzyć za Herlingiem-Grudzińskim: „...człowiek jest ludzki w ludzkich warunkach”.
W niewielkiej odległości od naszego domu, po płdn.-zachodniej stronie ulicy noszącej po wojnie nazwę Róży Luxemburg (obecnie Mściwoja II), w przybliżeniu w miejscu, w którym tę ulicę przecina teraz lęborska obwodnica im. Jana Pawła II, widniał cień grozy niedawno minionej przeszłości - pogorzeliska po niemieckich barakowych koszarach; pozostałość stanowiły jedynie fundamenty z kikutami kominów i poskręcane żelastwo instalacji wodnych niegdysiejszych baraków.

Dygresja: W roku 2008 udało mi się dzięki Internetowi oraz lektury książki Marka Orskiego „Filie obozu koncentracyjnego Stutthof w latach 1939-1945” ustalić, że w owych barakach mieścił się osobliwy hitlerowski tandem: szkoła Waffen-SS i filia KL Stutthof.
SS-Unterführerschule Lauenburg (podoficerska szkoła SS w Lauenburg), określana skrótem USL, utworzona została w listopadzie 1940 roku. Jej pierwszym dowódcą – w okresie 1.11.1940 do lipca 1942 - był SS-Standartenführer Karl Marks (sic!). Baza szkoły USL mieściła się w kompleksie budynków byłego szpitala psychiatrycznego (Provinzial Irrenanstalt Lauenburg).
Filię (Aussenkommando) obozu KL Stutthof w Lauenburg utworzono 1 kwietnia 1942 roku. Mieściła się ona na terenie obiektów esesowskiej szkoły USL. Rzecz charakterystyczna: obok oficjalnej nazwy Aussenkommando Lauenburg in Pommern w korespondencji używano także drugiej: SS-Unterführerschule Lauenburg. Utworzenie filii obozu było bezpośrednio związane z istniejącym w tym samym miejscu od 11 listopada 1941 r. komandem roboczym złożonym z sowieckich jeńców wojennych, a następnie sprowadzonych na ich miejsce więźniów z KL Buchenwald.
Komando robocze złożone z sowieckich jeńców wojennych zostało zorganizowane w październiku 1941 r.. Zachowane dokumenty nie precyzują liczby osób komanda. Jeńcy byli zatrudnieni przy budowie strzelnicy wojskowej oraz przy przebudowie kolejnych budynków Szkoły Podoficerów SS i Policji. Zakwaterowano ich na terenie koszar znajdujących się w tym samym kompleksie budynków (w pomieszczeniach piwnicznych).
Istnienie przy szkole USL filii obozu koncentracyjnego (Stutthof) nie stanowiło ewenementu, łączenie przez dowództwo SS szkół esesowskich z obozami koncentracyjnymi, bądź ich filiami, było częstą praktyką; np. szkoła podoficerska SS (należąca do SS-Totenkopfverbände) mieściła się przy KL Dachau. W miejscowości Trawniki, na terenie okupowanej Polski, mieścił się obóz pracy dla Żydów i równocześnie szkoła SS dla ochotników cudzoziemskich (Ukraińców, Estończyków, Litwinów), czyli dla tak zwanych „Hilfswillige” (w skrócie „Hiwis”, bądź także określanych mianem „Trawniki-Männer” lub pogardliwie „Askaris”).
Praktyczni esesowscy dowódcy stwarzali w ten sposób swoim adeptom warunki nie tylko do nauki rzemiosła wojskowego, ale i do pełnienia określonych funkcji w Einsatzgruppen czy w obozach koncentracyjnych.

Dobrze znałem strzelnicę położoną w lesie, w bliskości b. siedziby USL, zapewne właśnie tę, którą budowali sowieccy jeńcy i więźniowie obozowi. Strzelnica położona była w odległości ok. stu metrów na płdn.-zachód od położonego w lesie miejskiego stadionu. W latach 1945-47 strzelnica służyła do ćwiczeń także krasnoarmiejcom kwaterującym do roku 1947 w kompleksie budynków stanowiących byłą siedzibę USL, jak i w budynku koszarowym przy ul. Toruńskiej (później, po opuszczeniu tego obiektu przez wojsko sowieckie, mieściła się w nim jednostka WOP).
Jeszcze w roku 1945 Rosjanie zdewastowali ogrodzenie strzelnicy wycinając na opał jego solidne, drewniane okrągłe słupki. N.B. wycięli w tymże celu także część drewnianej więźby dachu okazałego budynku przy poniemieckim stadionie sportowym położonym w niewielkiej odległości od strzelnicy. Rychło topory czerwonoarmistów wycięły także schody, boazerię, poręcze i drewniane podłogi wnętrza tego budynku. Obiekt ów
stanowił zapewne kiedyś atrakcyjną siedzibę jakiegoś niemieckiego klubu sportowego (patrz fotka z roku 1945:
http://forum.eksploracja....le.php?id=26357 )


Praktykę dewastowania drewnianych elementów budynków stosowali sowieccy żołnierze również w zamieszkałych przez niektórych oficerów kilku domach przy ul. Wandy Wasilewskiej (dawna Marienburger Strasse). Zwykle zajmowali jedno z mieszkań na klatce schodowej, a do jego ogrzania spożytkowywali części więźby dachowej zamieszkałego przez nich budynku, później wycinali także poręcze klatki schodowej i poniemieckie meble zalegające podwórza wzdłuż całej ulicy. Z istniejących w piwnicach pożytecznych pralni urządzano sauny („banie”). W tym celu do wnętrza pralni wnoszono stertę kamieni polnych, które ogrzewano otwartym ogniem. Nie muszę opisywać stan totalnie zakopconych piwnic i klatek schodowych wskutek aktywności owych „bań”.
Brak opału doskwierał wówczas większości mieszkańców Lęborka, tak Polakom, jak i Niemcom. Dostawy węgla były sporadyczne, więc znoszono gałęzie z pobliskiego lasu, ale sięgano także po wszystko, co drewniane w opuszczonych budynkach; dotknęło to m. in. budynek młyna położonego nad strumykiem Okalica, nieopodal ul. Kaszubskiej.
Ponieważ Rosjanie ścinali dla wygody owe słupki ogrodzenia strzelnicy do wysokości ok. 20-30 cm nad ziemią, obaj z bratem wykopywaliśmy z ziemi na nasze potrzeby opałowe pozostałe odcinki słupków, których długość wynosiła wciąż jeszcze ok. 60 do 100 cm. Bardzo dobry stan drewna tych słupków świadczył, iż ogrodzenie wzniesiono przed względnie niedawnym czasem.

Wobec szybkiego posuwania się wojsk sprzymierzonych w głąb Rzeszy, w szkołach wojskowych SS szkolenie przerwano, a z elewów tworzono oddziały bojowe (Kampfgruppen) kierując je na front. W listopadzie 1944 roku przybył do USL O. Pahnke wraz z resztką swojej czwartej kompanii podoficerskiej szkoły Waffen-SS w Arnhem (w Holandii), z elewami pozostałymi po bojach stoczonych z alianckimi wojskami desantowymi. Od tego wydarzenia szkoła SS w Lauenburg przyjęła nazwę SS-Unterführerschule Arnheim/Lauenburg.
W styczniu 1945 r. utworzono z elewów (Unterführer-Anwärter) USL 450-osobowy oddział bojowy, w tym 8 kompanię dowodzoną przez O. Pahnke i skierowano ją na front wschodni w rejon Bydgoszczy, gdzie grupa włączona została w skład 32 d. p. dowodzonej przez gen. Boeckh-Behrensa. Przebijając się z sowieckiego okrążenia w rejonie Fordonu ów oddział bojowy SS poniosł znaczne straty.
Jesienią 1944 r. dowództwo wojskowe skierowało na szkolenie do szkoły SS Lauenburg 200 młodych estońskich ochotników. Ze 140 Estończyków pozostałych po selekcji utworzono kompanię szkolną. 2 lutego ’45 zajęcia szkoleniowe w tej szkole zostały przerwane. Z wszystkich elewów szkoły, składających się w większości z Niemców, utworzono kolejny oddział bojowy (Kampfgruppe) i skierowano go w rejon Deutsch Krone (Wałcz), gdzie w walkach w dniu 6 marca ’45 oddział poniósł ciężkie straty; np. spośród 140 Estończyków sprawnych do walki pozostało nieledwie 40 żołnierzy. Resztki rozbitego oddziału bojowego przebijały się w małych grupkach na zachód, m. in. przez Zalew Szczeciński.
Pozostałości oddziałów bojowych złożonych z elewów SS-Unterführerschule Arnheim/Lauenburg dotarły do miejscowości Nyborg w Danii, gdzie dowództwo SS utworzyło z rozbitków dwa bataliony szkoleniowe. Znalazło się tam tylko 14 Estończyków ze szkoły SS w Lauenburg.

Penetrując teren byłych barakowych koszar/obozu (zapewne i ten obiekt wzniesiony został przez jeńców sowieckich bądź więźniów KL Buchenwald lub KL Stutthof) znalazłem grubą, nadpaloną, pozbawioną okładek i niestety niekompletną księgę zgonów z obozu koncentracyjnego Stutthof (format A4, grubość ok. 8 cm; zapisy wzdłuż boku większego). Była to, oczywiście, jedna z wielu podobnych ksiąg tego obozu. Rzecz charakterystyczna: przy niemal wszystkich zawartych w tej księdze zapisach zgonów więźniów za ich przyczynę podawano prawie wyłącznie zawał serca (Herzinfarkt) lub zapalenie płuc (Lungenentzündung). Księgę tę mój ojciec przekazał lęborskiemu ZBOWiD-owi.
Tamże znaleźliśmy z bratem duże, kilka częściowo przysypanych ziemią, hermetycznie zamkniętych puszek bez etykiety (większe do konserwowych). Jedną puszkę otworzyliśmy, w mieszkaniu. Otwtwierając ją posłyszeliśmy cichy syk i z wnętrza wysypały się niebieskawe, nieregularne pastylki. W podświadomym lęku wyrzuciliśmy całość niezwłocznie, ale odczuwaliśmy później przez kilka dni mdłości i zawroty głowy. Później znaleźliśmy w innym miejscu dalsze puszki, tym razem z etykietami, z wyraźnym napisem… „Cyklon B, Giftgas”.
Był to oczywiście osławiony gaz stosowany w obozach zagłady do masowego mordowania ludzi. O tym, że Niemcy mordowali w obozach więźniów gazem dobrze wiedzieliśmy jeszcze w czasie okupacji, w Warszawie, ale nie wiedzieliśmy, że właśnie tym gazem. W lęborskiej filii KL Stutthof gaz był stosowany raczej do celów dezynfekcyjnych, w filiach obozowych nie mordowano ludzi tym gazem.

Pozdrawiam
Antek
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Dawny Gdańsk Strona Główna

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template subTrail v 0.4 modified by Nasedo. adv Dawny Gdansk