Dawny Gdańsk Strona Główna Dawny Gdańsk


FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  DownloadDownload

Poprzedni temat :: Następny temat
Przesunięty przez: Mikołaj
Wto Sie 02, 2011 12:07 am
Witam i cieszę się, że trafiłem między swoich.
Autor Wiadomość
Krzysztof 


Dołączył: 14 Lip 2006
Posty: 2394
Wysłany: Pią Sie 19, 2011 1:59 pm   

Antek napisał/a:
przyjaźń z Edmundem Adelmanem.

Czy był on, w latach 50,nauczycielem w wieczorowym liceum dla pracujących na ul Konrada Leczkowa?
 
 
Antek 

Dołączył: 08 Lip 2011
Posty: 43
Wysłany: Pią Sie 19, 2011 9:50 pm   

Witam,
nie przypuszczam, aby Edmund podjął się pracy pedagogicznej. O ile pamiętam, dyplom uzyskał Edek na przełomie lat 50. i 60., więc wcześniej nie mógł pracować w szkolnictwie. W tym czasie już nie pracowałem w Katedrze Fizyki, nie znam więc jego działalności zawodowej. Sądzę, że Edmund wówczas nadal pracował na PG.
Wiem, że Edmund nie miał w Gdańsku krewnych.
Pozdrawiam
Antek
 
Krzysztof 


Dołączył: 14 Lip 2006
Posty: 2394
Wysłany: Pią Sie 19, 2011 10:28 pm   

Moja Mama znała go. Uczyła matematyki w tej szkole. Wydaje mi się, że był jej znany (i ceniony) w związku z tą pracą.
Dom jego i rzeźbę w ogródku pamiętam. Jaśkowa Dolina to moje dzieciństwo.
 
 
Antek 

Dołączył: 08 Lip 2011
Posty: 43
Wysłany: Sob Sie 20, 2011 10:27 pm   

Witam,
A jednak. Mimo wrodzonego, niesłychanego bałaganiarstwa udało mi się wykopać z mojego lamusa poniższą fotkę. W postaci tej Venus zapewne rozpoznasz Edka Adelmana ogrodowe dziełko.
Swoją drogą pogarda dla pruskiego „Ordnung muss sein“ była Edka i moją trwałą cechą. Nigdy nie rozumiałem tych naszych wspólnych kolegów, których przyprawiało o wesołość fantazyjnie podwiązywanie przez Edka swoich spodni sznurkiem. Edka ogród też nie należał do arcydzieł kunsztu ogrodniczego. Także mój ogród przydomowy jest niezmiennie z lekka zdziczały.
Pozdrawiam Cię
Antek

C:\Documents and Settings\Rajmund\Moje dokumenty\Moje obrazy\Edka ogród.gif

P.S. Gdyby mnie nawet kołem łamano, nie przyznam się, że ten zbereźnik na zdjęciu to ja.
 
Krzysztof 


Dołączył: 14 Lip 2006
Posty: 2394
Wysłany: Nie Sie 21, 2011 10:26 am   

Antek napisał/a:
C:\Documents and Settings\Rajmund\Moje dokumenty\Moje obrazy\Edka ogród.gif

Nie bardzo wiem jak to oglądnąć :hmm:
Co do znajomości Edka z moją Mamą to zastanawiam się czy nie był jej uczniem w tej szkole? Może, po okupacji, brakowało mu świadectwa maturalnego? (Bez tego nie dają dyplomu)
 
 
Mikołaj 
Idi Admin


Dołączył: 13 Paź 2003
Posty: 8085
Wysłany: Nie Sie 21, 2011 10:33 am   

Antek napisał/a:

C:\Documents and Settings\Rajmund\Moje dokumenty\Moje obrazy\Edka ogród.gif

Antku, zdjęcie wklej przez ten formularz - na dole strony, kiedy umieszczasz nowy wpis:

dodawanie_zdjec.jpg
Plik ściągnięto 9799 raz(y) 85,19 KB

 
Antek 

Dołączył: 08 Lip 2011
Posty: 43
Wysłany: Nie Sie 21, 2011 12:38 pm   

Może kiedyś w tym wcieleniu tego się nauczę

Edka ogród.gif
Edka kamienna dama
Plik ściągnięto 9783 raz(y) 110,77 KB

 
Krzysztof 


Dołączył: 14 Lip 2006
Posty: 2394
Wysłany: Nie Sie 21, 2011 1:32 pm   

Ten dom na drugim planie to Kościelna (teraz Falista)?
 
 
Antek 

Dołączył: 08 Lip 2011
Posty: 43
Wysłany: Wto Sie 23, 2011 9:22 pm   Powspominam, pomarudzę (V)

GDAŃSK.
Moi niezapomniani przyjaciele z Katedry Fizyki (b)
Jak już wcześniej wspomniałem, moje rzemieślnicze umiejętności zawdzięczam głównie trzem pracownikom warsztatów mechanicznego i stolarskiego; dzięki Marianowi Pomierskiemu i Genkowi Damentce opanowałem obsługę obrabiarek mechanicznych, rychło pozwolono mi nawet samodzielnie pracować na świeżo uzyskanej z dostaw UNRRA niewielkiej tokarence.
Z pasją słuchałem Genka relacji o jego udziale w Powstaniu Warszawskim i w partyzantce, choć nie powracał on do owych jego doświadczeń z chęcią.
Pochodzący z Kresów pan Franciszek Kraskowski prowadził w zasadzie warsztat stolarski obu Katedr, ale jego wszechstronne umiejętności, nie tylko stolarskie, budziły ogólny podziw. Oto potrzebną do domowego majsterkowania niewielką tokarnię zbudował sobie Franciszek …samodzielnie. Wprawdzie łoże wyfrezowano mu wg jego rysunków w zaprzyjaźnionych warsztatach Wydz. Mechanicznego. Tamże wytoczył sobie, już samodzielnie, głowicę wraz z obu kompletami szczęk. Nie pamiętam ile czasu spędził pan Franciszek nad budową swojej obrabiarki, wiem natomiast, że na koniec tokarenka miała i właściwy suport i tzw. „gitarę”. Kiedyś Franciszek zaskoczył swoje otoczenie samodzielnie zbudowaną małoobrazkową kamerą fotograficzną. Do gdzieś zdobytego scalonego obiektywu z migawką typu „Compur” kunsztownie dorobił z mosiężnej blachy obudowę, którą na koniec okleił cienką skórą. Kamera miała także sprawny napęd taśmy, choć w miejsce optycznego wizjera celownik. I aparat działał bez zarzutu, choć i bez komfortu.
Muszę tu dodać, że czyn Franciszka nie był zwykłą fanaberią, miał Franciszek liczną rodzinę, stąd kupno aparatu było w jego sytuacji rzeczą trudną. Aparat fotograficzny był bowiem w tamtym czasie kosztowną inwestycją. Ja posługiwałem się przez długi czas nieporęcznym aparatem, takim z regulowaną harmonijką i na szklane klisze o rozmiarze pocztówki. Miałem także inny, prymitywny aparat w formacie 6x6.
Na załączonej fotce widnieją wszyscy trzej moi mistrzowie; od prawej Genek, Marian, a w zabawnej pozie z kloszem lampy warsztatowej na głowie – pan Franciszek.
Przecież nie tylko owi trzej pracownicy dzielili się ze mną swoją wiedzą. Obróbki szkła laboratoryjnego uczył na specjalnie zorganizowanym dla pracowników Katedry kursie adiunkt Brunon Piekara (brat prof. Arkadiusza). W tajniki techniki obróbki materiałów fotograficznych wprowadził mnie jeden z asystentów, którego nazwiska – niestety – nie zapamiętałem. Bardzo wiele godzin spędziłem w dobrze wyposażonej ciemni fotograficznej Katedry.

Warszawa
Jedną z plag nękającą Generalne Gubernatorstwo był bandytyzm. Zbrojni bandyci napadali ogrodników, sklepikarzy, a nawet rachityczne kioski (trzeba wiedzieć, ze ówczesne warszawskie kioski bardziej przypominały wiejskie „sławojki”, niż znane nam współczesne przeszklone obiekty). Napadniętym nie rzadko trudno było się połapać w tym, kto ich napadł, bowiem częstokroć nie sposób było odróżnić bandytów od ludzi podziemia. Jedni i drudzy bardzo często wręczali ofiarom za zabrany towar pokwitowania „władz podziemia”.
Przytoczę pewne charakterystyczne zdarzenie: W Żeraniu mieszkali ogólnie lubiani państwo Kunowie. Pan Kune, z zawodu zecer, był lewicowym aktywistą i przed wojną z racji swojej działalności często tracił pracę, a nawet popadał w konflikt z prawem. Bodaj w roku 1941 zorganizował zbrojną grupę (w ramach AL) złożoną z młodych ludzi z dzielnicy i okolic. Nie miał natomiast pan Kune żadnych umiejętności z dziedziny wojskowości, szukał więc pośród byłych wojskowych takich, którzy nadaliby tej jego grupie wojskowego szlifu. Prosił o to i mojego ojca (emerytowanego żołnierza), ale spotkał się ze zdecydowaną odmową (ojciec był członkiem AK). Pewnego dnia, w efekcie przeprowadzonej w naszej dzielnicy niemieckiej obławy, wyłapano wszystkich członków tej grupy. Uniknąć ujęcia udało się jedynie panu Kune, natomiast w wyniku brutalnego przesłuchania śmierć poniosła jego małżonka (w swoim mieszkaniu). Do „wsypy” tej grupy doszło wskutek głupoty jednego z jej członków, który usiłował z użyciem „spluwy” wymusić na kioskarzu papierosy …dla organizacji. W efekcie wznieconego przez kioskarza rabanu, chłopaka ujęto, a tenże „wsypał” całą grupę; odziany w koc prowadził Niemców do kolejnych członków swojej aelowskiej grupy.

Pozdrawiam
Antek

Genek, Marian, Franek.gif
Plik ściągnięto 9714 raz(y) 44,02 KB

 
TOMB 


Dołączył: 23 Lis 2004
Posty: 359
Wysłany: Sro Sie 24, 2011 11:12 am   

Orka napisał/a:
chyba takie straszne przeżycia głębiej zapadają w pamięć...


To prawda. Teoretycznie wspomnienia mają granicę w wieku ok. 10 lat. Jednak moje najstarsze sięga 4 lat. Była zima. Chodziłem do przedszkola. Wcześniej niż zwykle przyszła po mnie mama i w drodze do domu wstąpiliśmy do SAM-u (to było na Przymorzu). Pamiętam mnóstwo ludzi wykupujących wszystko na zapas. Po wyjściu ze sklepu - huk nisko lecących śmigłowców... jeden za drugim... czyjeś słowa "lecą na Gdynię"... Wszyscy stali jak wmurowani patrząc w górę. Kilka osób płakało.... To był Grudzień 1970 roku.
_________________
"(...) lecz ta jedyna której strzeże
liczba najbardziej pojedyńcza
jest tutaj gdzie cię wdepczą w grunt
lub szpadlem który hardo dzwoni
tęsknocie zrobią spory dół"
 
Antek 

Dołączył: 08 Lip 2011
Posty: 43
Wysłany: Wto Sie 30, 2011 10:34 pm   Powspominam, pomarudzę

GDAŃSK.
Pośród pracowników obu Katedr Fizyki przez szereg lat nie było ani jednego członka PPR/PZPR. O politycznych sprawach mówiono w Katedrze swobodnie, nie oglądając się przy tym za siebie i nie zamykając szczelnie drzwi. W tych warunkach często z wielką uwagą przysłuchiwaliśmy się nieskrępowanym relacjom pani Honoraty o jej i jej rodziny petersbursko-tadżykistańskich losach. O tym, jak dramatycznie takie relacje dla opowiadającego i dla słuchacza w tamtym czasie, lecz w innych okolicznościach się kończyły, poznałem w USP, o czym innym razem.
Byli w Katedrze i tacy pracownicy, którzy całkowicie skupiali się na swojej pracy naukowej, wykazując w kwestiach politycznych całkowite désintéressement. Któregoś roku na przełomie lat 50. i 60. pojawił się w I Katedrze nowy pracownik, asystent G.. Jednocześnie rozeszła się w Katedrze fama, że to partyjniak nasłany przez uczelnianą POP w celu upartyjnienia Katedry. Ów G., z usposobienia wesołek, był stosunkowo młodym studentem. Częstokroć asystentami byli w tamtym czasie studenci ostatnich lat studiów. N.B. Któryś z pracowników, jeden z tych „wiecznie wczorajszych”, upatrywał w G. – zapewne oceniając jego urodę i nazwisko - że to ani chybi Żyd, jakby ów „wczorajszy” nie był świadomy, że ubeccy delatorzy wywodzili się ze wszystkich środowisk.
Odtąd dyskusje pozasłużbowe toczono bacząc, by nie w obecności G..
Po niewielu tygodniach ów „nowy” w pracy się nie pojawił. Do Katedry dotarła wiadomość, że G. został przez POP usunięty z partii i z PG. Powodem tak surowych sankcji było jakoby przyłapanie G. na …piciu Coca-Coli, a na domiar złego w towarzystwie studentów-bikiniarzy*.

Bodaj na początku lat 50. UB dokonało szereg aresztowań pośród pracowników PG. Znane mi są trzy przypadki - na Wydziale Łączności aresztowano dwoje pracowników naukowych oraz asystenta w Katedrze Fizyki I. Fama głosiła, że aresztowani byli byłymi oficerami AK (nieujawnionymi).
N.B. W roku 1953 UB wielokrotnie przesłuchiwało mojego ojca. Nie chodziło jednak o jego działalność w AK (ojciec się nie ujawnił), a o …nazwisko. W tamtym czasie zmarł bowiem na emigracji w Paryżu znany generał II Korpusu o nazwisku identycznym (rzadkim) z naszym. Ubowcy usiłowali ojcu wykazać pokrewieństwo z owym polskim generałem. Szczęśliwie dla ojca grzebanie w drzewie genealogicznym ubeckiej tezy nie potwierdziło.

*)Młodym forumowiczom winien jestem wyjaśnienie. Partyjni i zetempowscy ideolodzy choć nie dysponowali określonym kanonem jedynie słusznej, socjalistycznej mody, to jednak surowo potępiali noszenie oryginalnej odzieży czy fryzury u mężczyzn. Nieodzownym atrybutem każdego pochodu pierwszomajowego były prowadzone na łańcuchu postaci „Wuja Sama”, paru „wrogów mas pracujących” oraz typowego bikiniarza. „Klasyczny” bikiniarz charakteryzował się specyficznym krojem pstrokatej marynarki - długiej i szerokiej w ramionach, wąskimi i krótkawymi nogawkami, skarpetkami w poziome, jaskrawo kolorowe paski, obuwiem na wysokiej podeszwie, no i specyficzną fryzurą - tzw. plerezą. Przez przekorne hołdowanie „imperialistycznej” modzie, wielu młodych ludzi nie kończyło matury.

Warszawa
W ostatnich dniach lipca 1944 roku osłupieni warszawiacy obserwowali niebywałe widowisko. Oto przez centrum miasta przetaczają się ze wschodu bezkresne kolumny niemieckich wojsk; obok wypełnionych wojskiem brudnych, często uszkodzonych różnorakich pojazdów, toczą się pospolite, chłopskie powozy konne z rannymi żołnierzami i bezładnie obładowanymi tobołami. Stan żołnierzy żałosny - brudni, wymizerowani, zrezygnowani, wielu z nich nie było w pełni umundurowanych, niektórzy na powozach nawet bosi(!). Przyglądający się z satysfakcją temu widowisku warszawscy przechodnie w sposób nieskrępowany naśmiewają się i szydzą z Niemców – i rzecz dotychczas nie do pomyślenia - nie wywołując tym żadnej ze strony Niemców reakcji! A przecież jeszcze niedawno można było dostać za to po głowie, wylądować w obozie, czy nawet utracić życie. Ulica głośno komentuje: „…co najwyżej jedna kompania AK wystarczy, by ostatecznie rozprawić się z tymi niedobitkami armii szwabskiej!”

O mającym rychło nastąpić wybuchu powstania mówiło się w Warszawie już od dłuższego czasu. Panowało powszechnie przeświadczenie, że będzie to - co warszawianie mogli zresztą naocznie w lipcu stwierdzić - dobicie ledwie zipiącego wroga, znienawidzonej armii niemieckiej. Przeświadczenie o bliskim końcu Niemiec hitlerowskich pogłębił dokonany w dniu 28. lipca 1944 roku zamach na Hitlera.

Miasto płonęło już od dnia wybuchu powstania, a huk dział i ryk „krów” („szaf”), niemieckich miotaczy rakietowych i wycie samolotów typu „Stuka” (szturmowe samoloty nurkujące przeraźliwie wyjące w czasie bombardowania) malały tylko nocą. Walki na prawobrzeżu, na Pradze, trwały krótko. Po niewielu dniach, po wysadzeniu przez Niemców mostów na Wiśle, połączenie między obiema częściami Warszawy zostało ostatecznie przerwane. Wielu czyniło bezskuteczne próby przedostania się do swoich jednostek na lewobrzeżu. Powstańcze walki na Pradze wygasły więc bardzo szybko.
W naszym sosnowym lasku stacjonowały teraz najczęściej zupełnie świeże oglądanego w ostatnich tygodniach żałosnych kolumn niemieckiego wojska. Jedna z biwakujących w naszym lasku zmotoryzowanych jednostek SS miała na wyposażeniu nie tylko wielolufowe, wcześniej już przez nas widywane miotacze rakiet, tzw. Nebelwerfer (6 sprzężonych okrągłych luf na lawecie), czyli właśnie owe „krowy”/„szafy” (ich odpalaniu towarzyszył charakterystyczny dźwięk, słyszany z dala jednym przypominał krowi ryk, innym przesuwanie szafy). Jednostka dysponowała szczelnie okrytymi plandekami na samochodach i mocno strzeżone inne osobliwe ustroje. Zaglądając pod plandeki stwierdziłem, że były to skomplikowane stalowe konstrukcje, rodzaj kratownic. Wartownik powiedział mi, że to broń nowego typu. Myślę, że była to nowa wersja „krów”, jakby odpowiednik sowieckich katiusz, zresztą - jak mogłem to później, w podgrudziądzkiej Maruszy porównać - niemal z nimi identyczne. Być może były to zdobyczne sowieckie oryginały.
Innym razem przy stacjonującej w lasku jednostce Wehrmachtu kręciło się kilku jakichś – wówczas według mnie dziwnie wyglądających - jeńców w równie dziwacznych roga-tywkach. Byli to starsi już wiekiem, wąsaci żołnierze o mocno ogorzałych, pooranych zmarszczkami twarzach, a ponieważ nie przypominali mi przedwojennych polskich żołnierzy, bo ich rogatywki, jak i mundury były osobliwego kroju i barwy, także i orzełek był jakiś „nie nasz”. Jeńcy wprawdzie mówili po polsku, ale z kresowym akcentem i unikali rozmów ze mną i z moimi kolegami, więc uznaliśmy, że to jacyś Ruscy. Dziwił fakt, że nie byli oni przez Niemców dozorowani tak, jak to miało miejsce w przypadku jeńców sowieckich, których Niemcy kiedyś pędzili szosą Modlińską w kierunku Jabłonny. Jeńcy ci byli wykorzystywani do rozmaitych prac gospodarczych, do obsługi zaprzęgów konnych, do oporządzania koni, obierania ziemniaków i tp..
Ojciec mój wyjaśnił, iż ci dziwni jeńcy byli Polakami z dywizji Berlinga, czyli tzw. „Kościuszkowcy”, a ich jeniecki „status” mógł wskazywać, iż nie byli jeńcami wziętymi w boju.

Z barakowych koszar mieszczących się nad Kanałem Żerańskim (obecnie usytuowana jest w tym miejscu Huta Warszawa) ewakuują się niemieckie wojska saperskie, które jeszcze do ostatnich dni budowały umocnienia wałów wiślanych i wznosiły różnorodne umocnienia wojskowe. We wcześniejszych okresach, jeszcze do roku 1942, wykorzystywali Niemcy do tych robót Żydów z istniejących okolicznych sub-gett w Legionowie i Piekiełku. W skład stacjonujących tu dotychczas wojsk inżynieryjnych wchodzili w większości także owi „askarysi”, głównie SS-mani kałmuccy i kaukascy (pamiętam naszywki na rękawach z napisem Kalmücken, Georgien i in.). Wraz z naszymi sąsiadami „organizujemy” z bratem z opuszczonych baraków różne „łupy”, zwożąc zdobycznymi, drewnianymi saperskimi taczkami i dwukółkami pozostawione w magazynach koszarowych nowe narzędzia rzemieślnicze, głównie ciesielskie i murarskie.

Pozdrawiam
Antek
 
knovak 
Wanoga


Dołączył: 21 Paź 2003
Posty: 1418
Wysłany: Sro Sie 31, 2011 12:30 am   Re: Powspominam, pomarudzę (V)

Antek napisał/a:
... Bodaj w roku 1941 zorganizował zbrojną grupę (w ramach AL) złożoną z młodych ludzi z dzielnicy i okolic. Nie miał natomiast pan Kune żadnych umiejętności z dziedziny wojskowości, szukał więc pośród byłych wojskowych takich, którzy nadaliby tej jego grupie wojskowego szlifu. Prosił o to i mojego ojca (emerytowanego żołnierza), ale spotkał się ze zdecydowaną odmową (ojciec był członkiem AK). Pewnego dnia, w efekcie przeprowadzonej w naszej dzielnicy niemieckiej obławy, wyłapano wszystkich członków tej grupy. Uniknąć ujęcia udało się jedynie panu Kune, natomiast w wyniku brutalnego przesłuchania śmierć poniosła jego małżonka (w swoim mieszkaniu). Do „wsypy” tej grupy doszło wskutek głupoty jednego z jej członków, który usiłował z użyciem „spluwy” wymusić na kioskarzu papierosy …dla organizacji. W efekcie wznieconego przez kioskarza rabanu, chłopaka ujęto, a tenże „wsypał” całą grupę; odziany w koc prowadził Niemców do kolejnych członków swojej aelowskiej grupy..

Bardzo ciekawe, ale do wyjaśnienia. Armia Ludowa to 1944 rok, a jej wcześniejsza wersja to Gwardia Ludowa (koniec marca 1942 r.). Ale możliwe, że chodzi o konspirację PPS czyli Gwardię Ludową WRN (Wolność Równość Niepodległość) czyli zbrojną konspirację polskiej lewicy (prawdziwej, nie komunistycznej). A to zmienia zupełnie postać rzeczy, jakoś nie chce mi się wierzyć w komunistyczną partyzantkę kilka tygodni po rozwodzie Stalina z Hitlerem. Natomiast PPS - jak najbardziej, w podziemiu od 1939 r.
_________________
"A ja sobie jeżdżę na motorowerze i nocą na szosie łapię w worek jeże..." (Jan Krzysztof Kelus)
 
 
Antek 

Dołączył: 08 Lip 2011
Posty: 43
Wysłany: Sro Sie 31, 2011 10:11 am   Witam,

Zaprzyjaźniony z moim ojcem Kune, mimo zasadniczych między nimi różnic w poglądach politycznych, określany był na spotkaniach towarzyskich przez ojca przekornie „czerwonym”. Sprawa aresztowań grupy Kunego komentowana był w dzielnicy przez lata. W komentarzach powtarzały się określenia „komuniści”, „aelowcy”, „lewacy” itp.. Ze zrozumiałych względów nie jestem w stanie umieścić tych określeń w czasie. Podobnie i w moim wpisie użyłem błędnego określenia. Myślę, że cały szereg podobnych błędów mógłbym uniknąć w moich quasi-esejach, konfrontując zapamiętane fakty z zapisami historiograficznymi. W niektórych przypadkach to czynię, ale wrodzone lenistwo każe mi pisać spontanicznie.
Proszę więc z góry o wybaczenie, jeśli podobne, nieświadome przekłamania się powtórzą.
Pozdrawiam
Antek
 
Antek 

Dołączył: 08 Lip 2011
Posty: 43
Wysłany: Sro Wrz 07, 2011 8:39 pm   Powspominam, pomarudzę

GDAŃSK.
Autorytety i legendy

W moich sporadycznych kontaktach z nauczycielami akademickimi w niektórych krajach zachodnioeuropejskich (Niemcy, Szwajcaria, Holandia) zaskoczony byłem ich „zwyczajnością” i łatwością nawiązywania kontaktu; oto już po kilku zdaniach przełamują onieśmielenie nieznajomego, przechodząc z nim poufale na „ty”. Jeszcze bardziej zadziwia, że na per „ty” są owi profesorowie także ze swoimi studentami.

Jakże inny pod względem obyczajów był poznany przeze mnie świat wyższej uczelni tamtych lat. Wg mnie to do ówczesnego profesora wyższej uczelni bardziej pasowało określenie „pierwszy po Bogu” niż do kapitana statku, jak to ma miejsce w tradycyjnym słownictwie marynarskim.
Profesor Arkadiusz Piekara, kierujący Katedrą Fizyki I, cieszył się opinią świetnego wykładowcy, a demonstrowane przezeń ćwiczenia pokazowe czyniły jego wykłady wielce atrakcyjne, czego profesor był w pełni świadom. Najdrobniejsze nawet potknięcia w trakcie pokazu przyprawiały profesora o nieskrywany gniew, który z reguły skrupiał się na asystencie i to w trakcie wykładu, a ofiarą była najczęściej pani Honorata, która doznane upokorzenia bardzo ciężko znosiła. Także porannym wizytom profesora w poszczególnych pracowniach towarzyszyły jego cierpkie, dokuczliwe komentarze. Lokalna fama głosiła, że profesor starannie omijał tylko jedną z pracowni Katedry, tę, którą zajmował niezwykle uzdolniony i bodaj najmłodszy z asystentów - J.S. (późniejszy profesor Wydz. Elektroniki). Tenże asystent ponoć z łatwością i bez skrupułów wykazywał profesorowi błędy w jego pracy naukowej.
Studenci panicznie lękali się egzaminu ustnego u profesora Piekary, który choć wymagający i sprawiedliwy, nie szczędził studentom w czasie egzaminu złośliwych, niezasłużonych uwag.
(Na załączonym zdjęciu: biurko profesora Arkadiusza Piekary w jego pracowni.)

Myślę, że niejedną z licznych legend związanych z poszczególnymi profesorami, świadomie generowali oni sami, bądź ich współpracownicy. Dziś przytoczę dwie spośród mi znanych.
- Dwaj studenci Kompanii Akademickich* zdający egzamin poprawkowy u prof. Arkadiusza Piekary (Katedra Fizyki I), rozwiązują w jego gabinecie pisemne zadania. Profesor, przechadzając się po gabinecie, w pewnym momencie niepostrzeżenie obrócił wokół osi stojącą na parapecie okna szklankę z wodą, ogrzaną przez słońce stroną ku wnętrzu gabinetu. Poczym polecił studentom przerwać rozwiązywanie zadania i wyjaśnić powód dla którego szklanka …uległa nagrzaniu po przeciwnej stronie od źródła ciepła.
Każdy ze studentów wygłosił …„oczywistą i naukowo uzasadnioną” przyczynę tego zjawiska, no i obaj egzaminu nie zaliczyli.

- Adiunkt Katedry Fizyki II, p. Eugeniusz Juszkiewicz, niezmiennie pogodny i dobroduszny starszy pan, miał nawyk ścierać tablicę w czasie wykładu, bądź ćwiczeń, wyjętą z kieszeni chusteczką.
W trakcie jednego z wykładów pan adiunkt - zamierzając swoim zwyczajem zetrzeć z tablicy zapis - wyjął z kieszeni miast chusteczki …biustonosz.
Studenckie komentarze głosiły, że adiunkt Juszkiewicz ściera tablicę z reguły biustonoszami. W katedrze natomiast ten jedyny tego rodzaju przypadek wyjaśniano psikusem będącym autorstwa kogoś z jego rodziny.
*) Kompanie Akademickie. Rozkazem ministra Obrony Narodowej z 31.05. 1947 r. utworzono pięć kompanii akademickich: w Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu, Gdańsku (Gdański Fakultet Wojskowy 1947-1952) i Szczecinie. W pododdziałach tych grupowano wojskowych stypendystów, kształcących się na uczelniach cywilnych, po ukończeniu których zostawali zawodowymi oficerami Wojska Polskiego.
Często widywałem tych umundurowanych studentów, gdy przybywali wcześnie rano w zwartym szyku na teren PG.



Warszawa
Od początku sierpnia ’44 prawobrzeże miasta przenikał od zachodu łoskot toczonych walk, wycie „krów” i samolotów Stuka, jazgot broni maszynowej, a od wschodu nieustanny, coraz bliższy i głośniejszy wibrujący grzmot - zwiastun zbliżającego się frontu. Już po paru pierwszych tygodniach trwania powstania walki frontowe doszły od wschodu do prawobrzeża, wojska sowieckie i kościuszkowskie zbliżyły się do przedmieść Pragi, a w końcu dotarły i na Żerań. Szpica złożona z paru czołgów sowieckich podchodziła kilkakrotnie nawet na niewielką odległość od naszego domu bezładnie ostrzeliwując okoliczne budynki mieszkalne. Pociskami dział czołgowych trafiony został także i nasz budynek. Znów, podobnie jak to miało miejsce we wrześniu ‘39. r., życie przeniosło się do piwnicznych schronów.
Panowało przeświadczenie, że lada godzina sowieci wyprą Niemców i zajmą Żerań. Jednakże linia frontu raptem się oddaliła.
Około połowy września wtargnęli do piwnicy Niemcy nakazując natychmiastowe opuszczenie domu. Wypędzano zresztą ludzi ze schronów i piwnic w całej naszej dzielnicy. Niemcy twierdzili, że wobec bezpośredniej bliskości linii frontu exodus ma nas, mieszkańców, uchronić od skutków mających rychło toczyć się na tym terenie bezpośrednich działań bojowych.

Popędzani przez eskortujących nas Niemców zmierzaliśmy szosą Modlińską - pośród eksplodujących wokoło sowieckich pocisków - w kierunku Jabłonny. Po drodze minęliśmy trzy kolejne, prostopadle do szosy ciągnące się linie okopów obsadzone niemieckim wojskiem. W oczy rzucała się duża ilość różnorodnej broni u Niemców, zwłaszcza rusznic przeciwpancernych.

Incydent: Po przebyciu kilku kilometrów rodzice zorientowali się, że w domu pozostały dwa nieodzowne tobołki i to te istotne, z żywnością i z innymi najpotrzebniejszymi rzeczami. Byliśmy wszyscy bardzo zgłodniali, a wobec małych szans na jej zdobycie, wyraziliśmy obaj z moim starszym bratem gotowość zawrócenia do Żerania po pozostawioną w domu tak pilnie potrzebną żywność. Rodzice nasi - acz z oporami - na to przystali**. W drogę powrotną do Żerania zmierzaliśmy obaj teraz całkiem osamotnieni, pozostawiwszy za sobą śpiesznie oddalającą się, zmierzającą ku Jabłonnie i nerwowo popędzaną przez Niemców kolumnę ludności cywilnej wraz z naszymi rodzicami.
Kilka kolejnych niemieckich patroli usiłowało nas zawrócić w stronę Jabłonny, obrawszy boczne drogi szliśmy jednak dalej w kierunku Żerania. W Henrykowie dopadł nas z rozzłoszczony patrol żandarmów i nie bacząc na nasze tłumaczenie się i prośby wepchnięto nas do jakiegoś budynku, do dużej sali (świetlicy gminnej?), gdzie już przebywało parędziesiąt innych, podobnie do nas spanikowanych osób. Skargi zapłakanych kobiet: „..zapewne nas rozwalą!” Niemcy zarzucali bowiem spędzonym tu ludziom zamiar dokonywania grabieży (...polnische Plünderer) i sabotażu. Po kilkudziesięciu minutach spędzonych w strachu i niepewności, pojawił się niemiecki oficer i po krótkim przesłuchaniu zaczęto wszystkich przetrzymywanych tu ludzi kolejno, małymi grupkami i pod eskortą wyprowadzać (znów strach: czy na „rozwałkę”?). Poprowadziwszy poszczególne grupy osób bocznymi drogami paręset metrów w kierunku Jabłonny, Niemcy polecili udać się śpiesznie dalej, do tej miejscowości, grożąc niedwuznacznymi konsekwencjami w przypadku ponownej próby zbliżenia się do linii frontu. Wydaje mi się, że nikogo spośród przetrzymywanych tam wówczas ludzi nie spotkało najgorsze.
Całe to wydarzenie odbywało się przy wtórze huku nieustannie rozrywających się wokoło nas sowieckich pocisków. O zmierzchu dotarliśmy z bratem do Jabłonny i niebawem odnaleźliśmy pośród tłumu naszych rodziców i siostrę.

**) Refleksja. Już jako dorosły człowiek i sam mający dzieci, wielokrotnie zastanawiałem się nad tym, jak troskliwy, doświadczony i świadom zagrożeń wojennych rodzic mógł w owych dramatycznych okolicznościach zaakceptować nasz, brata i mój pomysł powrotu do objętego walkami Żerania. Być może wynikało to z faktu, że brata i moją zaradnością okazaną w latach okupacji daliśmy rodzicom dowody naszej samodzielności i w pewnym sensie „dorosłości”.

Pozdrawiam
Antek

Tron Piekary.gif
Plik ściągnięto 9393 raz(y) 58,63 KB

 
Antek 

Dołączył: 08 Lip 2011
Posty: 43
Wysłany: Wto Wrz 13, 2011 8:45 pm   Powspominam, pomarudzę

GDAŃSK.
Autorytety i legendy
Student ma coraz większe trudności z poprawnymi odpowiedziami w czasie egzaminu komisyjnego na Wydziale Mechanicznym.
Profesor Adolf Polak zadaje studentowi pytanie ostatniej szansy:
- „Czym się smaruje mechanizmy w starych angielskich patefonach?”
- student: ??
Profesor Polak:
- „Niech więc członkowie komisji podpowiedzą studentowi, czym je się smaruje.”
Członkowie komisji:
- „Ależ panie profesorze…?!”
Profesor Polak:
- „Skoro szanowni członkowie komisji także nie wiedzą, to i student ma prawo nie wiedzieć.” I profesor uznał egzamin za zdany.

Nie wiem, czy współcześni profesorowie wyższych uczelni równie często uskarżają się na arogancję i niedostateczną kindersztubę studentów, jak to czynili „moi” profesorowie. Pamiętam, jak niemal każdy swój wykład z podstaw elektrotechniki (był to jeden z trudniejszych dla mnie przedmiotów) prof. Jerzy Dziedzic rozpoczynał „lekcją dobrego wychowania” wytykając studentom - niczym „pani wychowawczyni” na lekcji wychowawczej - ich przywary i wymieniając cnoty, jakie winny cechować studenta.
Kontynuując studia na kursie wieczorowym, tenże przedmiot wykładał prof. Piotr Ciechanowicz, który prowadził z moją grupą również ćwiczenia, do których przykładał dużą wagę, co zmuszało nas, studentów, do szczególnie dobrego przygotowania, zwłaszcza, że stanowiliśmy liczebnie niewielką grupę.
Kiedyś profesor polecił jednemu z kolegów dokonać analizy stanu nieustalonego obwodu. Kolega nie mógł sobie poradzić z dokończeniem na tablicy wywodu matematycznego, na co zdegustowany profesor żachnął się: „Dziękuję panu, pan jest najgłupszy w tej grupie”. Następną osobą poproszoną do tablicy, była nasza jedyna koleżanka – Lidka (osoba wówczas także już nie pierwszej młodości), która nie zdołała obliczyć nawet tego, co ów kolega, co profesor skomentował, zwracając się do wcześniej zbesztanego kolegi: „…to nie pan, panie komandorze, a ta pani jest najgłupsza w waszej grupie”. Muszę dodać, że ów kolega, Kazik Ł., przychodził na zajęcia w uczelni z reguły w mundurze komandora, bo prosto po służbie w jednostce. Był on bowiem dowódcą obrony dużego odcinka wybrzeża. Oboje urażeni potraktowaniem przez profesora, udali się na skargę do dziekana. Na następnych zajęciach profesor sumitując się, wygłosił wprawdzie dłuższe, ciepłe przeprosiny sprowadzające się do słów: „…ja was traktuję jak rodzony ojciec, a wy na mnie na skargę…”, jednakże nie zaprzestał stosowania „ojcowskiego” strofowania.



Warszawa
Wędrówki etap kolejny

W pełnej koczujących wygnańców Jabłonnie nasze wspólne z bratem zabiegi „organizowania” żywności spełzły na niczym; w miejscowości nie było placówki RGO*, a od tutejszych mieszkańców trudno było uzyskać jakiejkolwiek pomocy. W tej sytuacji pod nóż poszła nasza wędrująca z nami mała kózka, nadzieja na mleczną przyszłość całej rodziny.

O późnym zmierzchu przybyło do już stacjonujących wokoło licznych jednostek dywizji Waffen-SS „Hermann Göring” kilka przepełnionych wojskiem transporterów na gąsienicach. Żołnierze byli umęczeni, zarośnięci, brudni, w zabłoconych mundurach. Wielu z nich było rannych. Między przybyszami a oficerami jednostek stacjonujących doszło do karczemnych awantur, chodziło głównie o sprawy zaopatrzenia.

W dniu 18. września ‘44, znów nakaz opuszczenia przez ludności cywilną Jabłonny, dla tych samych powodów, dla których wypędzono nas z Żerania. Ta konkretna data utkwiła mi w pamięci wobec niezwykle dramatycznego przeżycia, jakie tego dnia było naszym udziałem.
W pierwszej kolejności popędzono koczujących tu w Jabłonnie wygnańców. Długie kolumny eskortowanych przez wojsko ludzi objuczonych tobołami i toczących różnorakie wózki, zmierzały do mostu pontonowego na Wiśle (kilka kilometrów za Jabłonną), w celu przeprawienia przez Wisłę.
Po przebyciu szosą około 2 kilometrów posłyszeliśmy charakterystyczny łoskot wywołany przez znaczną liczbę nadlatujących samolotów. Wokół nas rozpętała się gwałtowna kanonada dział przeciwlotniczych. Po chwili ujrzeliśmy dużą formację alianckich bombowców**. Gdy samoloty znalazły się nad nami wysypały się z nich chmary spadochronów unoszących jakby postacie ludzkie. Ludzie wykrzykiwali euforycznie: „desant”! Eskortujący nas żołnierze w popłochu chronili się w rowach i lejach po pociskach. Także wygnańcy szukali schronienia w przekonaniu, że za chwilę dojdzie do walk z „alianckimi spadochroniarzami”. Zewsząd z zabudowań wiejskich, z okopów i bunkrów wybiegali w bezładzie Niemcy, wielu niekompletnie ubranych. Jedni biegli w panice w kierunku lasu, inni strzelali chaotycznie z karabinów maszynowych do samolotów i do zrzutu. Myślę, że i oni byli przeświadczeni, że nastąpił aliancki desant. Po chwili nasza eskorta całkowicie gdzieś się zapodziała. Niebawem, jeszcze w czasie przelotu samolotów, nadjechały transportery opancerzone (tzw. „Panzerspähwagen”) z wojskiem, które jęło gwałtownie ostrzeliwać samoloty i ów domniemany desant. Pośród wygnańców zapanowała euforia: „...wreszcie alianci przybyli powstańcom z pomocą, nasze wyzwolenie już bliskie!”. Po krótkim czasie zaobserwowaliśmy z rozpaczą, jak jeden z samolotów płonąc runął gdzieś daleko, na lewobrzeżu, na ziemię.
Osobliwość: wraz z „desantem” spadały na ziemię chmary pasków folii aluminiowej. Teraz wiem, że zrzucano je dla zakłócenia funkcjonowania niemieckiej obrony radarowej. Równocześnie tu i ówdzie wybuchały obok nas zrzucane z samolotów jakieś niewielkie ładunki, jakby rodzaj petard, wybuchające w chwili upadku na ziemię. Wyjaśnienia istoty owych „petard” i celu ich zrzucania przez lotnictwo alianckie nie udało mi się dotąd znaleźć.
Gdy jednak „desant” dotknął ziemi - niektóre spadochrony spadły w odległości kilkudziesięciu metrów od nas - okazało się, że nie byli to żołnierze, a wyłącznie kontenery (podłużne, walcowate, wielkości człowieka) zawierające sprzęt i materiały bojowe przeznaczone dla powstańców warszawskich. Zasobników tych spadło wokół nas bardzo dużo. Z powojennych badań wynika, że tylko niewielki procent owego zrzutu wpadł wówczas w ręce powstańców. Powstanie zresztą w tym czasie już dogorywało.
Niemcy po kilkunastu minutach ochłonęli i jęli skwapliwie zbierać zasobniki z cennymi materiałami. Nas, tułaczy, ów incydent jeszcze bardziej przygnębił i do reszty wpędził w nastrój beznadziei.

*) RGO – Rada Główna Opiekuńcza - polska organizacja opieki społecznej utworzona w roku 1940 za zgodą okupacyjnych władz niemieckich, dla niesienia pomocy ludności polskiej zamieszkałej na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Działalność RGO obejmowała rozdział żywności, odzieży i zasiłków pieniężnych dla najbardziej potrzebujących, prowadzenie kuchni ludowych, schronisk, zakładów opiekuńczych i domów noclegowych, wysyłkę paczek dla więźniów i jeńców oraz specjalne akcje pomocy m.in. dla osób wysiedlonych z ziem inkorporowanych do III Rzeszy, przesiedlonych z Zamojszczyzny, mieszkańców Warszawy - szczególnie po zakończeniu Powstania Warszawskiego.

**) 18 września 1944 r. na pomoc walczącej Stolicy wyruszyły samoloty należące do 8. Armii USAF: 110 maszyn typu Boeing B-17 („Flying Fortress”), osłanianych przez 70 myśliwców typu P-50 Mustang, które wystartowały z 4 lotnisk w Anglii. Do celu dotarło 107 maszyn (3 zawróciły z drogi z powodu defektów), które zrzuciły 1284 zasobniki ważące po ok. 100 kg. Powstańcy przejęli 228 zasobników. 105 samolotów (2 zostały zestrzelone) lądowało w bazie pod Połtawą, na terytorium ZSRR.


Most pontonowy, zbudowany przez Niemców w odległości kilku kilometrów na północ od Jabłonny, przez który przeprawiano przez Wisłę na prawobrzeże wojsko, a na przemian na lewobrzeże wysiedlaną z okolicznych miejscowości ludność cywilną, był nieustannie przez Rosjan ostrzeliwany, także w czasie przeprawiania przezeń ludności cywilnej. Szczęśliwie żaden pocisk nie ugodził samego mostu w czasie, gdy nasze kolumny przemierzały most. Po dotarciu na zachodni brzeg Wisły żandarmeria kierowała kolumny ludności w kierunku Pruszkowa. Po drodze ludność miejscowa ostrzegała nas, że Niemcy prowadzą wygnaną ludność do osławionego obozu przejściowego „Dulag-121” mieszczącego się w halach dawnych pruszkowskich warsztatów kolejowych. Droga nasza wiodła począwszy od Łomianek przez Wólkę Węglową, Babice i dalej przez Piastów w kierunku Pruszkowa. Prawie całą tę trasę przebyliśmy piaszczystymi drogami polnymi, które dla naszego grzęznącego po osie w piasku dwukółka były miejscami prawie nie do przebrnięcia.
Gdy po pełnej emocji wędrówce z Jabłonny i przeprawieniu się przez Wisłę dotarliśmy umęczeni do Łomianek, usiłowaliśmy znaleźć miejsce na wypoczynek i nocleg w jakiejś stodole. Bez skutku, wszędzie nas bezdusznie przepędzano. Dopiero w pobliżu Babic i to też po wielu usilnych zabiegach, jacyś kolejni „badylarze” pozwolili nam przenocować w gospodarczej szopie.
W czasie naszych tułaczych wędrówek spotykaliśmy się z reguły z niechęcią i bezdusznością ze strony podwarszawskich „badylarzy” i rolników. W świetle naszych doświadczeń łatwo mogę sobie wyobrazić doznania Żydów, którzy znaleźli się w sytuacji podobnej do naszej, ale będący bardziej do nas umęczeni nieustanną wędrówką. Zwłaszcza, że Żydzi szukali nie tylko noclegu i strawy, ale i ukrytego, bezpiecznego schronienia.Całą wielodniową wędrówkę do Pruszkowa odbywaliśmy okrężnymi, polnymi drogami, by uniknąć włączenia nas przez Niemców do któregoś z nurtów tułaczy i zapędzenia do pruszkowskiego obozu przejściowego. Lecz i polne drogi też nie chroniły od kłopotów, często poddawani byliśmy kontrolom dokonywanym przez liczne patrole niemieckiej żandarmerii, czy wojsk kolaboranckich, głównie Rosjan z RONA. Niebezpiecznie było zwłaszcza w bliskości lasów kampinoskich, gdzie wciąż dochodziło do starć Niemców z jednostkami AK zgrupowania partyzanckiego „Młociny” (majora „Okonia”).
Po dniach wędrówki i starannego unikania większych grup wędrującej ludności, dotarliśmy do Ursusa, gdzie kolejną noc spędziliśmy w drewutni u przygodnych, uczynnych ludzi. Właścicielka tej komórki przyniosła nam nawet gorącą zupę i pieczywo. Był to cenny gest, bowiem od wielu dni był to nasz pierwszy, ciepły posiłek.
(Kiedykolwiek poczuję teraz zapach płonącego ogniska, czy palonych w polu łęcin, zawsze jawją mi się obrazy z naszych przymusowych koczowisk i na powrót ożywają wspomnienia zgoła nieromantycznych ognisk palonych przez nas w czasie naszych tułaczych wędrówek, tych z września ’39, ale przede wszystkim tych z jesieni i zimy ‘44/’45.)

Pozdrawiam
Antek
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Dawny Gdańsk Strona Główna

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template subTrail v 0.4 modified by Nasedo. adv Dawny Gdansk